niedziela, 26 maja 2013

Kochana Mamo.

Dzień Matki, kolejne święto zaznaczone na czerwono w kalendarzu. Kolejny dzień zmieszany z nocą. Ale czy to taki kolejny, zwykły dzień, następujący po wcześniejszym zwykłym dniu? Czy potrafimy docenić choć jeden dzień w roku właśnie Mamę? Czy choć 24 godziny na 365 dni pokazujemy, że kochamy? Że doceniamy wszystkie wyrzeczenia? Że wiemy, że to dzięki Niej robimy siusiu na kibelku, a nie w gatki, że potrafimy jeść widelcem, a nie palcami, że umiemy pisać i czytać, z błędami, ale umiemy? Dla większości jest to kolejne święto, kolejne, które kosztuje, bo POWINNO, a nie CHCĘ się kupić prezent dla kobiety, która głaskała swój brzuch przed zaśnięciem, która nie mogła doczekać się aż wyplączemy się z Jej pochwy prosto do Jej ramion. Traktujemy to jak przymus. "O, jakaś kartką na dzień Matki, a nawet tania, kupię niech się Matka cieszy." A ta Matka brała Was za rękę i ze łzami w oczach odprowadzała do przedszkola. Często płacze w w duchu kiedy hormony wariują w Tobie i rzucasz w Nią granatami słów, które rozszarpują Ja. Tu nie chodzi, żebyśmy kupowali prezenty warte miliony, tysiące złotych, a warte miliony i tysiące łez szczęścia. Daj Jej prezent z serca, powiedz, że Ją kochasz, przytul Ją, cokolwiek. Uwierz, że Jej matczyne serce ściśnie się do wielkości piąstki, którą miałeś, gdy pierwszy raz Cię przytuliła. Rozejrzyj się na to co masz. Czy Mama nie jest jednym z największych skarbów? A doceniasz to? Wiesz ile ludzi na świecie spędza ten dzień bez osoby,do której mówili: Mamo? Co byś bez Niej zrobił? Byłbyś pusty jak pusta jest flaszka wódki, którą wypije nie jeden człowiek dziś z tęsknoty za ramionami swojej Królowej. Byłaś bez najważniejszej części swojego serca, bo pamiętaj - Mama to najważniejsza osoba, o którą masz obowiązek dbać i pielęgnować jak o najrzadszy kwiat. Bo Ona jest kwiatem. Delikatna i krucha, a zarazem piękna. Jest piękna na swój sposób, sposób bycia prawdziwą Matka. Przytulaj Ją tak po prostu, bo wiesz pewnego dnia nie będziesz miał tak silnych rąk, by utrzymać Ja w ramionach, gdy śmierć będzie Ci Ją wyrywać. Pewnego dnia staniesz na pasach i poczujesz ogromną ochotę przebiegniecia przez nie prosto do Jej ramion, ale Ona już Cię nie przytuli. Będzie spała gdzieś daleko, gdzie Twój wzrok nie sięga. Czyli poczujesz to co ja czuję od wielu lat. I zrobisz to co robię ja każdego dnia. Pójdziesz na miejsce gdzie są rozszarpane duszę schowane w paru deskach. Usiądziesz, dotkniesz zimnego marmuru, który jeszcze bardziej Ci uzmysłowi jak daleko musi być Jej serce. Twój mózg zacznie odgrywać seans filmowy pod tytułem: Moja Mama i ja. Zobaczysz każdą chwilę, która umieściła się między zwojami. Seans się skończy, a Ty spojrzysz na to co masz teraz i zbierze się w Twoim gardle taki żal, że zwymiotujesz go łzami. Będziesz płakał zanosząc się i nie mogąc oddychać, bo ogromna kula cierpienia odetnie dopływ tlenu. Zobaczysz jak wiele posiadales, a jak bardzo nie doceniłes. Czy strata zawsze musi tak boleśnie pokazać jak ważną częścią naszego świata było to co odeszło? Czy musimy znosić ból pęknięć serca w rejonie, gdzie schowaliśmy to by zobaczyć jak bardzo nam zależało? Zaczniesz szeptać smutnym i cichym głosem monolog do Niej zbudowany ze słów, których nigdy nie mówiles, bądź mówiłeś rzadko. Opowiesz Jej skruszony jak szkło, które wcześniej było szklanką o swojej miłości i tęsknocie, która pcha Cię w stronę upadków na twardą glebę życia. Powiesz jak bardzo chcesz by była i ile znaczy Ona i każda chwila z Nią. Na koniec zdasz sobie oczywistą, ale gorzką prawdę, że to nie dialog, że Ona nie odpowie. Skryjesz twarz w dłonie i będzie Cię zjadał ból jak robaki zjadały Jej ciało zawsze pachnące miłością. Za jakiś czas otworzysz oczy, spojrzysz na imię i nazwisko napisane przed Twoimi oczami, a Twoje serce zamieni się w malutką kuleczkę, ściśnietą z żalu, ale bijącą z prędkością rajdów, próbującą uciec z Twojej klatki do Jej serca. Spłynie kolejna łza. Wstaniesz, Twój wycieńczony organizm zachwieje Twoim ciałem, ale zrobisz krok i pocałujesz coś co ma być odzwierciedleniem Jej osoby, czyli Jej grób. Pójdziesz z stamtąd dobrze wiedząc, że już nie jesteś tym kim byłeś i nigdy już nie będziesz. Twoje serce już zawsze będzie miało dziurę w sercu jakby ktoś wziął pistolet i przestrzelił je. Opowiedziałem Ci co robię ja, ale uwierz mi w takich chwilach jesteśmy tacy sami. Spotkam Cię kiedyś w takim stanie, w tym miejscu, choć Ci tego nie życzę. Ale Ty masz jeszcze szansę i wybór. Możesz dotknąć Jej i powiedzieć Jej jak ważnym elementem Twojej układanki jest. Możesz to zrobić, teraz. Ja mogę tylko oglądać zdjęcia, płakać, krzyczeć, nienawidzić Boga za to, że Ją zabrał, ale nachlać się jak szmata. Ale nie mogę poczuć Jej dłoni, zapachu i spojrzeć w oczy, które działają jak leki uspakajające. Nie mogę i to jest mój największy ból. Zazdroszczę Ci tego, z całego serca, które w sumie mogę Ci oddać jeśli sprawisz, że zobaczę Ją na moment, tutaj, nie na poplamionych łzami zdjęciach. Daj Mamie miłość jako prezent. A ja zaniosę kolejny znicz, kolejną piękną róże i kolejny raz mówił, że Ja kocham, wyrażając to przemoknietymi jak serca miast policzkami.



Mamo, teraz mówię do Ciebie, bo to Twoje święto. Powinienem Ci czegoś życzyć, ale nie potrafię upleść żadnych sensownych życzeń. Chcę tylko i życzę Ci tego byś była tam szczęśliwa, by Twój uśmiech nie znikał z twarzy wciąż tak jak wciąż kocham Cię ogromną miłością. Mam nadzieję, że masz tam ogródek i możesz piec ciasteczka, bo to kochasz. I mam też nadzieję, że pomimo czasu, który upłynął od ostatniego pocałunku w czoło dalej jesteś ze mnie dumna. Wiesz, że jesteś moją siłą? Moją kroplówką życia, która jest prosto w moim sercu i pompuje mi cały czas niezbędne składniki do walki. Tęsknię za Tobą częściej niż bije mi serce, ale nie przyjdę jeszcze do Ciebie, bo nie zasługuje na Twoje ramiona. Nie zdobyłem jeszcze żadnego trofeum by móc pochwalić się przed Tobą. Na razie mam zbroję, miecz i kilkanaście uszkodzeń, ale stoję i macham mieczem jak tylko potrafię. Wierzę, że znów będę zwycięzcą z ogromnym Smokiem - życiem. Caluję Cię ciepło, by zmyć chłód nieba z Twoich policzek. Do zobaczenia, Mamo. Twój Mikuś.

poniedziałek, 13 maja 2013

Proszę.

SIEMANO!

Zastanawiałem się w ostatnim czasie nad paroma sprawami. Jak dobrze zauważyliście jest to osobisty blog skrywający wiele moich myśli i przemyśleń, nawet te intymne. Dlatego to co teraz przeczytacie może być nawet zbyt intymne. Jeśli masz mnie za to hejtować - napisz to na kartce i wyrzuć, bo tylko zaśmiecasz mi skrzynkę na asku. Jeśli nie chcecie - nie czytajcie, REMEMBER!

Boże, bardzo dobrze wiesz jak bardzo w Ciebie wątpię od tylu lat. Ale wiesz również, że chciałbym wierzyć w Ciebie - w to, że jesteś, lecz gdy próbuję z Tobą rozmawiać, pytam Cię o rady, jak Ojca; a przecież podobno jesteś Nim, milczysz. Jest cisza, która nie jest odpowiedzią ani lekiem na to wszystko. Równie dobrze mógłbym mówić i wielbić kamień, który też nie wnosi nic do mojego życia i jest równie zimny jak Ty. 
Myślę, że każdy PRAWDZIWY rodzic ma w sobie ogromną miłość do własnego dziecka, a miłość jest ciepła, gorąca, a więc czy Ty jesteś Moim Ojcem? Jesteś zimny na moje łzy, uderzenia w ścianę i wszystko co mnie spotyka. A czy nie powinieneś wesprzeć mnie? Nie czuję żadnego odzewu z Twojej strony. Chyba, że te wszystkie sytuacje, które sprawiły, że umarłem, zmieniłem się o 380 stopni to Twoja odpowiedź. Jeśli tak to wiem, że nienawidzisz mnie całym sercem. Wytłumacz mi jak możesz patrzeć na tyle nieszczęść przez tyle lat? I nie tłumacz się ludźmi, tak ludzie są źli. Tak ludzie też bywają dobrzy. Ale przecież KAŻDY człowiek jest stworzony na Twoje podobieństwo, a więc czy jesteś dobry i zły? Nie jestem bez winy, na pewno, bo popełniałem błędy, całe mnóstwo. Wciąż je popełniam. Ale czy właśnie wtedy nie potrzebujemy najbardziej obecności osoby, która nas kocha? Jesteś taki wszechmocny, a Twoja miłość jest czysta, ale nie wyszło Ci to do końca. Zobacz, dzieci umierają z głodu, kiedy osoby, które Ty wybrałeś - księża jedzą do syta. 90% księży, arcybiskupów i wszystkich tych ważnych ludzi idą z wielką baryłą z przodu, wożąc się sportowymi autami. Gdzie tu sens? Jak Ty wybierasz tych ludzi? Wiadomo, do Kościoła ma się chodzić dla Ciebie, ale kto Cię reprezentuję? To Twoja wizytówka. Myślę, że jesteś taki sam jak większość z nich. Są wyjątki, ale czy jest ich dużo? Większość z nich to złodzieje, pedofile i tym podobne. Ty okradłeś Nas z nadziei i zgwałciłeś przy porodzie. Jesteśmy skrzywdzeni od samego początku i choć staramy się to wciąż nie jest tak, bo masz inny plan. Lubisz ludzkie łzy? To jakaś satysfakcja? Krew, rozszarpane ciała, głód, gwałty, kręci Cię to? Taki fetysz? Gdzie sprawiedliwość? Podobno jesteś Sędzią Sprawiedliwym, więc dlaczego pozwalasz alkoholikowi bić małe dziecko? Czemu to dziecko umrze prędzej niż ten pieprzony alkoholik? Czemu najgorsi skurwiele żyją dłużej niż Aniołowie nie ludzie? A Wojny? Tyle ludzi, którzy nic nie zrobili, a gorąco się modlili do Ciebie. Co z tym zrobiłeś? Rozszarpałeś ich ciała na strzępy bombą. Ile ten horror ma jeszcze trwać? Bawisz się w Simsy? Czy jestem Twoim Simsem? Co teraz masz dla mnie? Podpalisz mnie, złamiesz mi serce czy wręcz przeciwnie będę mógł myśleć przez chwilę, że jest pięknie? A jakbyś czuł się Ty na naszym miejscu? Wzięlibyśmy Cię wszyscy i zaczęli wbijać igły. Poczułbyś ból zadawany Nam. Szanuję ludzi, którzy są religijni. Nie rozumiem co w tym widzą, ale wiele ludzi nie rozumie tego, że jem nutelle z ketchupem i nic do tego nie mam. Może Oni mają taką siłę woli, ja nie. Jestem racjonalistą, widzę co się tu dzieję i ile sam musiałem przejść bez żadnego Twojego wsparcia. Bądź sobie dla innych ludzi, ale nie oczekuj potem wdzięczności od Nas za łzy, brud i krew. Nie oczekuj nic, bo nie dałeś nam nic prócz zepsutego świata i złego startu. Może dzięki temu powiesz coś do mnie, skontaktujesz się, zmienisz coś. Dobrze to żałosne, że tak myślę. Proszę Cię tylko - daj nam więcej chwil, gdzie jesteśmy uśmiechnięci. Więcej. Daj nam tylko uśmiech, a szczególnie tym, którzy mają go najmniej. Daj uśmiech wszystkim cierpiącym i pokrzywdzonym i jak najwięcej zdrowia moim bliskim. O nic więcej cię nie proszę. Nie chcę nic więcej od Kogoś kto przez całe życie próbuję zniszczyć każdą część mnie. Nie wiem czy jesteś duchem, człowiekiem, ale funkcje myślenia raczej posiadasz. Spójrz, czy to nie jest już ten koniec świata, o którym mówiłeś? 
Cześć.

czwartek, 25 kwietnia 2013

List.



 Droga siostrzyczko.

          Cześć, Kruszynko. Jest późno, a ja nie potrafię zasnąć, choć jestem cholernie zmęczony. Od dłuższego czasu moje oczy zamykają się tylko, gdy już nie potrafią się podnieść z powrotem. Dlatego postanowiłem napisać list, choć adres jest nieznany, za to odbiorca bliski mi bardziej niż moje ciało. Piszę do Ciebie, bo tak bardzo brakuję mi Twojej obecności, słów, całego fragmentu mojego życia, który łączy się z Twoją osobą. Tak dawno nie widziałem Cię w moich snach, że zaczynam się bać, że już o mnie nie pamiętasz. Wiem, że to abstrakcja, przecież przysięgaliśmy sobie „razem na zawsze, razem do piekła”, a Ty nigdy nie zawodzisz. Mimo to chcę przypomnieć o sobie byś tak po prostu odwiedziła mnie tu, w moim świecie.
        Minęło pół roku od ostatniej rozmowy z Tobą. Dla jednych może to być choroba, dla jednych dar, jedni mogą twierdzić, że oszalałem, inni, że mam ogromne szczęście. Ale ja cieszę się, że rozmawiam z Tobą w snach, że mam Cię w ten sposób. To taki substytut. Karmię się nim tak jak często zamiast ulubionej pizzy zjem kanapkę. Nie jest ona pizzą, ale jednak mam co włożyć do buzi, dlatego powinienem się z tego cieszyć. W ostatnim śnie mówiłaś, że co by się nie działo Ty jesteś tam wśród mebli, regałów, pokojów, wśród ludzi, którzy mnie otaczają i że będziesz zawsze. Powtarzałaś, że coś złego się stanie, coś co może zrujnować świat, który zaczynałem budować, ale żebym się nie poddawał wtedy, żebym pokazał swoją siłę, a w chwilach zwątpienia patrzył na Twoje zdjęcie, zamknął oczy i zobaczył, że przytulasz mnie. Miałaś rację. Mój świat zniszczyła pewna kobieta, choć ufałem jej ogromnie. Miałaś rację. Czułem, że to koniec, dusiłem się samym powietrzem, jakby było zatrute. Jakby cały świat był zatruty jadem, który ja ciągle pochłaniałem, a on powolnie zabijał wszystko we mnie. Ale pamiętałem o Twoich słowach, o obietnicach, które składałem przed Tobą patrząc Ci w oczy. Będę walczył, choćbym był bez broni i zbroi przeciwko uzbrojonej po zęby armii. Nawet jeśli będę sam, a naprzeciwko mnie setki ludzi chcący mojej porażki. Obiecałem też to Mamie, obiecałem Wam to. Dlatego nie poddałem się, zniszczyła mnie na piec sekund, kiedy cały świat przymrużył oczy. Pewnie podniosłem się i zrobiłem kroki do przodu, wyrzucając za siebie zbędne śmieci związane z Nią. Teraz stoję w tym miejscu i wiem, że jestem dalej. Do mety daleko, ale chyba jestem przed półmetkiem. Problem w tym, że pełno ścieżek, dróg i przeszkód mam teraz przed sobą. Nie mam pojęcia, w którą stronę się udać, w którą stronę skręcić i jak przeskoczyć te ogromne góry, które przeszkadzają w drodze do marzeń. Chciałbym wybrać dobrze, by znaleźć wiarę i nadzieję, zerwać je i schować w kieszenie w ogromnej ilości. Chciałbym by to był start, kolejny start za którym rozbiegnę się ile mam sił. Wiesz, że rzadko o coś proszę, że wolę radzić sobie sam niż liczyć na kogoś. Ale, wiesz też, że bardzo liczę się z Twoim zdaniem, dlatego proszę daj mi znak, albo przyjdź w końcu. Powiedz jak Ty to widzisz, jak widzisz mnie za parę miesięcy. Czy jestem tym kim chciałabyś bym był? Czy jesteś dumna ze mnie? Czy śmiało powiesz, że jestem Twoim bratem? Jakie popełniłem błędy, o których na kolejnych etapach mam pamiętać? I w końcu, która z dróg jest wg Ciebie drogą przeznaczoną właśnie na moje buty? Chyba trudność tych decyzji mnie przeraża, chyba to nie ten level, nie jestem gotowy, chyba nie potrafię przejść tego poziomu, boję się, że za chwilę wyskoczy mi GAME OVER MICHAŁ.. Wiesz, że rzadko się boję. Ale teraz jestem przerażony jak małe dziecko. O wiele bardziej niż gdy ojciec wracał do domu, niż gdy słyszałem jego kroki na schodach. Chyba nawet wtedy się nie bałem, wiesz? Tzn. myślę, że bałem się nie tyle o siebie, ale o Ciebie, Mamę i Kubę. Czy wystarczy mu wyżycie się na mnie, czy będzie szukał u Was wydobycia gniewu, albo rozrywki. Bałem się, że Mama będzie płakać, a przecież robiliśmy wszystko by tak nie było. I owszem ten strach mogę porównać z tym teraz. Boję się nie o to, że nie spełnię marzeń czy że znowu poniosę porażkę, ale o to, że zawiodę Was. Że cała wiara jaką we mnie pokładacie okaże się zmarnowana na kogoś kto na to nie zasłużył. Boję się, że ojciec miał rację – jestem nikim, który nic nie osiągnie. Zerem, którego miejsce jest gdzieś na dnie. Boję się, że Wy to zobaczycie, że będziecie patrzeć na mnie jego oczami. To by mnie zabiło, zniszczyło. To była by moja śmierć, nic innego mnie nie zabije, nawet biała kobieta z kosą. Dlatego jeśli tylko możesz i chcesz proszę przyjdź i przedstaw mi każdą swoją myśl, bym mógł rozciąć ją jak zmarłego człowieka i odczytać każdy fragment, by dowiedzieć się wszystkiego, przeanalizować każdy nerw. Zrobić sekcje każdemu z wyrazów, by dotrzeć do każdego z wniosków. I jeszcze jedna sprawa. Malutka, straciłem swoją radość i uśmiech gdzieś między codziennością. Nie wiem kiedy nawet. Widzę, że nie jestem już tym kim byłem, moja energia, cały pozytyw kryjący się pod moją skórą gdzieś wyparował jak woda. Czuję się jakoś szaro, jakby ktoś kreślił teraz mnie ołówkiem. Jestem jakiś niepewny, zagubiony, może jestem tylko szkicem? Brakuję mi kolorów, jakieś euforii, emocji, wzburzeń. Chciałbym żebyś usiadła obok, wzięła pędzel i pomalowała mnie, tak jak robiłaś to kiedyś, gdy tu byłaś. Chciałbym przenieść radość z naszych wspólnych zdjęć do teraźniejszości. Przyjdź, uśmiechnij się i daj mi chwilę bym zapamiętał to na dłużej, bym zapamiętał jak się uśmiechać, jak się to robi. Chcę znowu żyć dokumentując każdy dzień choć najmniejszym uniesieniem kącików ust. Coś we mnie jest, coś co mnie zjada, pożera i wprowadza ciemność, ale jeszcze nie wiem co. Jeszcze nie dotarłem do tego. Uczucie, że popełniam błąd mnie przygniata wraz z bezradnością, bo nie wiem co nim jest. Naprawdę błagam, posiedź ze mną, ja będę czekał, jutro i pojutrze i po prostu zawsze, czy to w kuchni czy w salonie, ja będę czekał z dłońmi chcącymi mocno chwycić Cię i już nie wypuścić. Wierzę, że mnie słuchasz, wierzę, że się pojawisz, że przyjdziesz. Wierzę, że żyjesz, bo mam Cię w sercu i nie tylko ja. Mam wspomnienia i chwilę, one wciąż trwają, ich seans we mnie jest całodobowy aż do wyczerpania się moich organów. Nigdy w to nie zwątpię, choć brak mi Twojego ciepła i zapachu unoszącego się w naszym domu. Brak mi ciągle zajętej łazienki, ubrudzonego lusterka błyszczykiem przez napis: wzięłam Twoją bluzę, nie gniewaj się, buziaczek. Brak mi kłótni o ostatni kawałek pizzy i jaki film oglądamy. Brak mi wszystkiego, bo brak mi każdej cząstki Ciebie. Ale przecież mam tu misję jak rycerz. Jestem nim, dla Mamy. Zdobędę odznaczenia i wrócę do Was zmęczony ciężką podróżą. Czekam na Twoją wizytę w krainie mojego mózgu, a Wy czekajcie na mnie w krainie wieczności.
         To pierwszy list do Ciebie, ale pewnie nie ostatni. Jest noc, jutro kolejny dzień. Kończę, zamykam oczy i czekam. Buziaczek.

Twój Michał


środa, 10 kwietnia 2013

Ciężar myśli mnie przygniata, wolno zapadam się w łóżko

Cześć.

Mamy po kilkanaście lat. Z roku na rok robimy się starsi, dostajemy zmarszczek, ran i blizn. Tracimy więcej łez i uczymy się mocniej ranić. Tracimy uśmiech, zaufanie, a nawet przyjaciół. Ale jest jedna osoba, która zawsze jest i nawet na krok nas nie odstępuję - śmierć. Chyba każdy o niej choć raz myślał, nawet jak był mały. Bo w końcu kto zabiera do nieba sąsiadkę i ciocię co dawała najfajniejsze prezenty pod choinkę? Potem zaczęło to bardziej boleć i bardziej dochodzić. Odszedł sąsiad, wujek, dziadek, kolega taty, a potem mama koleżanki mamy, nauczycielka, babcia przyjaciółki, Twoja babcia. Z tyloma osobami zatańczyła piękny taniec, że przestałeś już zwracać na to uwagę. Zobojętniłeś się na cudzą śmierć, a śmierć w rodzinie też nie zawsze poruszy jakoś Twoje gałki oczne by wyprodukowały słone łzy. Idziesz na pogrzeb z przymusu i tylko patrzysz jak kolejna osoba zostaję zamknięta wśród drewnianych obić już na zawsze. Jak jej dusza właśnie gdzieś gdzie nie widzimy jest rozszarpywana i zabierana z siłą z zimnych naskórków. Ale, gdy wracasz pewnego dnia ze szkoły, treningu, wchodzisz do domu. Widzisz, że jest coś nie tak i nagle padają słowa, które jak granaty burzą cały świat, w którym żyłeś. Oznajmiają Ci, że nie żyję najbliższa Ci osoba; mama, tata, babcia, dziadek, siostra, brat. Ktokolwiek. Ktoś kto miał najpiękniejszy apartament w Twoim sercu. Czujesz jak rozrywają Cię szpony, świat stracił grunt i stał się ruchomym piaskiem pochłaniając Cię. Spadasz, ale nawet nie myślisz o tym by wyciągać dłonie, szukać lin, rąk czegokolwiek. Przestajesz oddychać, klatka piersiowa się zapada i uciska Ci serce, miażdży je jak walec. Chcesz biec do tej osoby, zabrać Ją od tej przepięknej i zimnej kobiety, ale nawet nie masz sił. Jesteś bezsilny. Siadasz i nie funkcjonujesz. Po prostu patrzysz gdzieś, ale nie wiesz gdzie. Myślisz o czymś, ale nie wiesz o czym. Niby jesteś, ale Cię nie ma. Faszerują Cię zbędną chemią, która ma niby Cię uspokoić, a tylko i wyłącznie zamyka Cię bardziej w sobie, zamyka łzy, żal, ból. Każdy organ przepełnia się nimi w każdej nici. Nie widzisz łóżka, szafy, okna, koloru firanek. Oczy masz zamazane mgłą łez i wspomnieniami. Twoja rzeczywistość to otwarta skrzynka najlepszych chwil z Gwiazdą, która jest już na niebie. I pogrzeb już nie jest jednym z kolejnych pogrzebów. To już nie jest zwykły trzask drewna przy zamykaniu trumny. To trzask łamanych serc, cierpiących przez utratę kawałka swojego świata. To trzask Twojego serca. Kolejny z kolejnych. Składanie dębowych desek to już nie tylko koniec mszy, złożenie kwiatów i spokojne udanie się do swojego świata, a ostatnie pożegnanie z dawnym światem. Pożegnanie z sercem, z duszą, ze sobą, samym sobą. Bo już nic nie będzie tak jak było, ani Ty, ani świat, ani Twoja dusza. Stracisz żar w oczach, serce zwolni, dusza osłabnie, a świat ugnie się bez jednego z fundamentów, a może nawet całkowicie zawali. Zaczniesz błądzić po gruzach i bałaganie ówczesnego świata nie mając sił budować nowego. Nie będziesz chciał jeść, pić, spać. Wszystko stanie Ci się obojętne. Zapomnisz o tym, że miałeś plany, zapomnisz jak to jest kiedy jest dobrze, kiedy jest ok. Kiedy nic nie boli i nie czujesz się jak śmieć wyrzucony gdzieś na wysypisko by wyniszczyć się tam do końca. Będą mijały dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata. Czas będzie uciekał jak najszybciej potrafi, a Ty staniesz sercem właśnie w tym miejscu. Ale nie będzie to jedyne miejsce. Twoje serce z żalu dostanie zapaści jeszcze niejeden raz. Będzie jak zepsuty zegarek nie wyliczający kolejnych lat, wskazujący wciąż tą samą godzinę, choć dalej piękny. Aż w końcu otwierając ciężkie powieki ujrzysz długowłosą kobietę. Uśmiechnie się do Ciebie najpiękniejszym z uśmiechów i ujmie Twoją dłoń zapraszając Cię do tańca. Zabierze Cię do najpiękniejszych krain przy najpiękniejszych melodiach, by odwrócić Twoją uwagę i gdy zapomnisz o wszystkim, Ona skręci Ci kark siłą zabierając Cię w dal. Posadzi Cię wśród gwiazd i karze patrzeć jak znajdują zimną postać w białej pościeli. Będziesz widzieć jak mdleją, wiją się, kurczą, uginają, płaczą, krzyczą, klękają - cierpią. Nie zapomnisz nigdy tego widoku. Będzie on Twoim wiecznym koszmarem. Będziesz jak wątroba Prometeusza. Każdego dnia będziesz pożerana by znowu odrodzić się. A próbując walczyć z tym to jak wtoczyć Syzyfową skałę - niemożliwe. Więc jak poradzić sobie z Nią? Jak radzić sobie ze śmiercią? Czy ktokolwiek to wie? Wszyscy umrzemy, dziś, jutro, za kilka lat.