czwartek, 25 kwietnia 2013

List.



 Droga siostrzyczko.

          Cześć, Kruszynko. Jest późno, a ja nie potrafię zasnąć, choć jestem cholernie zmęczony. Od dłuższego czasu moje oczy zamykają się tylko, gdy już nie potrafią się podnieść z powrotem. Dlatego postanowiłem napisać list, choć adres jest nieznany, za to odbiorca bliski mi bardziej niż moje ciało. Piszę do Ciebie, bo tak bardzo brakuję mi Twojej obecności, słów, całego fragmentu mojego życia, który łączy się z Twoją osobą. Tak dawno nie widziałem Cię w moich snach, że zaczynam się bać, że już o mnie nie pamiętasz. Wiem, że to abstrakcja, przecież przysięgaliśmy sobie „razem na zawsze, razem do piekła”, a Ty nigdy nie zawodzisz. Mimo to chcę przypomnieć o sobie byś tak po prostu odwiedziła mnie tu, w moim świecie.
        Minęło pół roku od ostatniej rozmowy z Tobą. Dla jednych może to być choroba, dla jednych dar, jedni mogą twierdzić, że oszalałem, inni, że mam ogromne szczęście. Ale ja cieszę się, że rozmawiam z Tobą w snach, że mam Cię w ten sposób. To taki substytut. Karmię się nim tak jak często zamiast ulubionej pizzy zjem kanapkę. Nie jest ona pizzą, ale jednak mam co włożyć do buzi, dlatego powinienem się z tego cieszyć. W ostatnim śnie mówiłaś, że co by się nie działo Ty jesteś tam wśród mebli, regałów, pokojów, wśród ludzi, którzy mnie otaczają i że będziesz zawsze. Powtarzałaś, że coś złego się stanie, coś co może zrujnować świat, który zaczynałem budować, ale żebym się nie poddawał wtedy, żebym pokazał swoją siłę, a w chwilach zwątpienia patrzył na Twoje zdjęcie, zamknął oczy i zobaczył, że przytulasz mnie. Miałaś rację. Mój świat zniszczyła pewna kobieta, choć ufałem jej ogromnie. Miałaś rację. Czułem, że to koniec, dusiłem się samym powietrzem, jakby było zatrute. Jakby cały świat był zatruty jadem, który ja ciągle pochłaniałem, a on powolnie zabijał wszystko we mnie. Ale pamiętałem o Twoich słowach, o obietnicach, które składałem przed Tobą patrząc Ci w oczy. Będę walczył, choćbym był bez broni i zbroi przeciwko uzbrojonej po zęby armii. Nawet jeśli będę sam, a naprzeciwko mnie setki ludzi chcący mojej porażki. Obiecałem też to Mamie, obiecałem Wam to. Dlatego nie poddałem się, zniszczyła mnie na piec sekund, kiedy cały świat przymrużył oczy. Pewnie podniosłem się i zrobiłem kroki do przodu, wyrzucając za siebie zbędne śmieci związane z Nią. Teraz stoję w tym miejscu i wiem, że jestem dalej. Do mety daleko, ale chyba jestem przed półmetkiem. Problem w tym, że pełno ścieżek, dróg i przeszkód mam teraz przed sobą. Nie mam pojęcia, w którą stronę się udać, w którą stronę skręcić i jak przeskoczyć te ogromne góry, które przeszkadzają w drodze do marzeń. Chciałbym wybrać dobrze, by znaleźć wiarę i nadzieję, zerwać je i schować w kieszenie w ogromnej ilości. Chciałbym by to był start, kolejny start za którym rozbiegnę się ile mam sił. Wiesz, że rzadko o coś proszę, że wolę radzić sobie sam niż liczyć na kogoś. Ale, wiesz też, że bardzo liczę się z Twoim zdaniem, dlatego proszę daj mi znak, albo przyjdź w końcu. Powiedz jak Ty to widzisz, jak widzisz mnie za parę miesięcy. Czy jestem tym kim chciałabyś bym był? Czy jesteś dumna ze mnie? Czy śmiało powiesz, że jestem Twoim bratem? Jakie popełniłem błędy, o których na kolejnych etapach mam pamiętać? I w końcu, która z dróg jest wg Ciebie drogą przeznaczoną właśnie na moje buty? Chyba trudność tych decyzji mnie przeraża, chyba to nie ten level, nie jestem gotowy, chyba nie potrafię przejść tego poziomu, boję się, że za chwilę wyskoczy mi GAME OVER MICHAŁ.. Wiesz, że rzadko się boję. Ale teraz jestem przerażony jak małe dziecko. O wiele bardziej niż gdy ojciec wracał do domu, niż gdy słyszałem jego kroki na schodach. Chyba nawet wtedy się nie bałem, wiesz? Tzn. myślę, że bałem się nie tyle o siebie, ale o Ciebie, Mamę i Kubę. Czy wystarczy mu wyżycie się na mnie, czy będzie szukał u Was wydobycia gniewu, albo rozrywki. Bałem się, że Mama będzie płakać, a przecież robiliśmy wszystko by tak nie było. I owszem ten strach mogę porównać z tym teraz. Boję się nie o to, że nie spełnię marzeń czy że znowu poniosę porażkę, ale o to, że zawiodę Was. Że cała wiara jaką we mnie pokładacie okaże się zmarnowana na kogoś kto na to nie zasłużył. Boję się, że ojciec miał rację – jestem nikim, który nic nie osiągnie. Zerem, którego miejsce jest gdzieś na dnie. Boję się, że Wy to zobaczycie, że będziecie patrzeć na mnie jego oczami. To by mnie zabiło, zniszczyło. To była by moja śmierć, nic innego mnie nie zabije, nawet biała kobieta z kosą. Dlatego jeśli tylko możesz i chcesz proszę przyjdź i przedstaw mi każdą swoją myśl, bym mógł rozciąć ją jak zmarłego człowieka i odczytać każdy fragment, by dowiedzieć się wszystkiego, przeanalizować każdy nerw. Zrobić sekcje każdemu z wyrazów, by dotrzeć do każdego z wniosków. I jeszcze jedna sprawa. Malutka, straciłem swoją radość i uśmiech gdzieś między codziennością. Nie wiem kiedy nawet. Widzę, że nie jestem już tym kim byłem, moja energia, cały pozytyw kryjący się pod moją skórą gdzieś wyparował jak woda. Czuję się jakoś szaro, jakby ktoś kreślił teraz mnie ołówkiem. Jestem jakiś niepewny, zagubiony, może jestem tylko szkicem? Brakuję mi kolorów, jakieś euforii, emocji, wzburzeń. Chciałbym żebyś usiadła obok, wzięła pędzel i pomalowała mnie, tak jak robiłaś to kiedyś, gdy tu byłaś. Chciałbym przenieść radość z naszych wspólnych zdjęć do teraźniejszości. Przyjdź, uśmiechnij się i daj mi chwilę bym zapamiętał to na dłużej, bym zapamiętał jak się uśmiechać, jak się to robi. Chcę znowu żyć dokumentując każdy dzień choć najmniejszym uniesieniem kącików ust. Coś we mnie jest, coś co mnie zjada, pożera i wprowadza ciemność, ale jeszcze nie wiem co. Jeszcze nie dotarłem do tego. Uczucie, że popełniam błąd mnie przygniata wraz z bezradnością, bo nie wiem co nim jest. Naprawdę błagam, posiedź ze mną, ja będę czekał, jutro i pojutrze i po prostu zawsze, czy to w kuchni czy w salonie, ja będę czekał z dłońmi chcącymi mocno chwycić Cię i już nie wypuścić. Wierzę, że mnie słuchasz, wierzę, że się pojawisz, że przyjdziesz. Wierzę, że żyjesz, bo mam Cię w sercu i nie tylko ja. Mam wspomnienia i chwilę, one wciąż trwają, ich seans we mnie jest całodobowy aż do wyczerpania się moich organów. Nigdy w to nie zwątpię, choć brak mi Twojego ciepła i zapachu unoszącego się w naszym domu. Brak mi ciągle zajętej łazienki, ubrudzonego lusterka błyszczykiem przez napis: wzięłam Twoją bluzę, nie gniewaj się, buziaczek. Brak mi kłótni o ostatni kawałek pizzy i jaki film oglądamy. Brak mi wszystkiego, bo brak mi każdej cząstki Ciebie. Ale przecież mam tu misję jak rycerz. Jestem nim, dla Mamy. Zdobędę odznaczenia i wrócę do Was zmęczony ciężką podróżą. Czekam na Twoją wizytę w krainie mojego mózgu, a Wy czekajcie na mnie w krainie wieczności.
         To pierwszy list do Ciebie, ale pewnie nie ostatni. Jest noc, jutro kolejny dzień. Kończę, zamykam oczy i czekam. Buziaczek.

Twój Michał


środa, 10 kwietnia 2013

Ciężar myśli mnie przygniata, wolno zapadam się w łóżko

Cześć.

Mamy po kilkanaście lat. Z roku na rok robimy się starsi, dostajemy zmarszczek, ran i blizn. Tracimy więcej łez i uczymy się mocniej ranić. Tracimy uśmiech, zaufanie, a nawet przyjaciół. Ale jest jedna osoba, która zawsze jest i nawet na krok nas nie odstępuję - śmierć. Chyba każdy o niej choć raz myślał, nawet jak był mały. Bo w końcu kto zabiera do nieba sąsiadkę i ciocię co dawała najfajniejsze prezenty pod choinkę? Potem zaczęło to bardziej boleć i bardziej dochodzić. Odszedł sąsiad, wujek, dziadek, kolega taty, a potem mama koleżanki mamy, nauczycielka, babcia przyjaciółki, Twoja babcia. Z tyloma osobami zatańczyła piękny taniec, że przestałeś już zwracać na to uwagę. Zobojętniłeś się na cudzą śmierć, a śmierć w rodzinie też nie zawsze poruszy jakoś Twoje gałki oczne by wyprodukowały słone łzy. Idziesz na pogrzeb z przymusu i tylko patrzysz jak kolejna osoba zostaję zamknięta wśród drewnianych obić już na zawsze. Jak jej dusza właśnie gdzieś gdzie nie widzimy jest rozszarpywana i zabierana z siłą z zimnych naskórków. Ale, gdy wracasz pewnego dnia ze szkoły, treningu, wchodzisz do domu. Widzisz, że jest coś nie tak i nagle padają słowa, które jak granaty burzą cały świat, w którym żyłeś. Oznajmiają Ci, że nie żyję najbliższa Ci osoba; mama, tata, babcia, dziadek, siostra, brat. Ktokolwiek. Ktoś kto miał najpiękniejszy apartament w Twoim sercu. Czujesz jak rozrywają Cię szpony, świat stracił grunt i stał się ruchomym piaskiem pochłaniając Cię. Spadasz, ale nawet nie myślisz o tym by wyciągać dłonie, szukać lin, rąk czegokolwiek. Przestajesz oddychać, klatka piersiowa się zapada i uciska Ci serce, miażdży je jak walec. Chcesz biec do tej osoby, zabrać Ją od tej przepięknej i zimnej kobiety, ale nawet nie masz sił. Jesteś bezsilny. Siadasz i nie funkcjonujesz. Po prostu patrzysz gdzieś, ale nie wiesz gdzie. Myślisz o czymś, ale nie wiesz o czym. Niby jesteś, ale Cię nie ma. Faszerują Cię zbędną chemią, która ma niby Cię uspokoić, a tylko i wyłącznie zamyka Cię bardziej w sobie, zamyka łzy, żal, ból. Każdy organ przepełnia się nimi w każdej nici. Nie widzisz łóżka, szafy, okna, koloru firanek. Oczy masz zamazane mgłą łez i wspomnieniami. Twoja rzeczywistość to otwarta skrzynka najlepszych chwil z Gwiazdą, która jest już na niebie. I pogrzeb już nie jest jednym z kolejnych pogrzebów. To już nie jest zwykły trzask drewna przy zamykaniu trumny. To trzask łamanych serc, cierpiących przez utratę kawałka swojego świata. To trzask Twojego serca. Kolejny z kolejnych. Składanie dębowych desek to już nie tylko koniec mszy, złożenie kwiatów i spokojne udanie się do swojego świata, a ostatnie pożegnanie z dawnym światem. Pożegnanie z sercem, z duszą, ze sobą, samym sobą. Bo już nic nie będzie tak jak było, ani Ty, ani świat, ani Twoja dusza. Stracisz żar w oczach, serce zwolni, dusza osłabnie, a świat ugnie się bez jednego z fundamentów, a może nawet całkowicie zawali. Zaczniesz błądzić po gruzach i bałaganie ówczesnego świata nie mając sił budować nowego. Nie będziesz chciał jeść, pić, spać. Wszystko stanie Ci się obojętne. Zapomnisz o tym, że miałeś plany, zapomnisz jak to jest kiedy jest dobrze, kiedy jest ok. Kiedy nic nie boli i nie czujesz się jak śmieć wyrzucony gdzieś na wysypisko by wyniszczyć się tam do końca. Będą mijały dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata. Czas będzie uciekał jak najszybciej potrafi, a Ty staniesz sercem właśnie w tym miejscu. Ale nie będzie to jedyne miejsce. Twoje serce z żalu dostanie zapaści jeszcze niejeden raz. Będzie jak zepsuty zegarek nie wyliczający kolejnych lat, wskazujący wciąż tą samą godzinę, choć dalej piękny. Aż w końcu otwierając ciężkie powieki ujrzysz długowłosą kobietę. Uśmiechnie się do Ciebie najpiękniejszym z uśmiechów i ujmie Twoją dłoń zapraszając Cię do tańca. Zabierze Cię do najpiękniejszych krain przy najpiękniejszych melodiach, by odwrócić Twoją uwagę i gdy zapomnisz o wszystkim, Ona skręci Ci kark siłą zabierając Cię w dal. Posadzi Cię wśród gwiazd i karze patrzeć jak znajdują zimną postać w białej pościeli. Będziesz widzieć jak mdleją, wiją się, kurczą, uginają, płaczą, krzyczą, klękają - cierpią. Nie zapomnisz nigdy tego widoku. Będzie on Twoim wiecznym koszmarem. Będziesz jak wątroba Prometeusza. Każdego dnia będziesz pożerana by znowu odrodzić się. A próbując walczyć z tym to jak wtoczyć Syzyfową skałę - niemożliwe. Więc jak poradzić sobie z Nią? Jak radzić sobie ze śmiercią? Czy ktokolwiek to wie? Wszyscy umrzemy, dziś, jutro, za kilka lat.

poniedziałek, 25 marca 2013

Ponad gwiazdami.

Cześć.
Jest zimno, palce z lekka zesztywniały mi, ale postaram się je rozgrzać, tańcząc nimi na klawiaturze, by przekazać Wam kolejną porcję swoich beznadziejnych myśli. Ale dziś, dziś te myśli zawierają zbyt cudowną osobę, by móc nazwać te myśli katastrofalnie popieprzonymi. Jest kolejna z nocy kiedy marznę nie śpiąc i kolejna z nocy kiedy już Cię tu nie ma. Ile było takich nocy? Tysiące. Ale każda z nich jest inna. Bo czas wciąż rozmywa kolejne wspomnienia o Tobie zapisując na ich miejsce jakieś sytuacje, które powracają wciąż i wciąż kują. Czas zabrał mi Ciebie, ale nie pokonał Nas. Czas próbuje wymazać Cię z pamięci, ale nie potrafi z serca. Chciałbym zawsze pamiętać barwę Twojego głosu, gdy jesteś uśmiechnięta i zapominać jedynie głos zalany łzami i żalem. Chciałbym pamiętać wyraz Twoich oczu, gdy cieszyłaś się, że jesteś tu, na zimnej glebie, między niebem, a piekłem, a nie krystaliczną słoną ciecz tańczącą gdzieś na końcach Twoich rzęs. Chciałbym pamiętać Twój dotyk, dotyk przepełniony miłością, a nie strachem. Chciałbym zawsze pamiętać Cię taką jaką chciałem Cię widywać - szczęśliwą. Chciałbym by moja pamięć nie była zdjęciem, które wystawione na deszcze, Słońce i próby czasu zwyczajnie się niszczy. Dlatego często myślę o Tobie, wspominam Cię i mam Cię w sercu, głęboko tam jest kwiat, najpiękniejsza Lilia, którą chowam dla Ciebie, to miłość, która jest przejrzysta i czysta jak woda. Mamo, często mówię do Ciebie. Często patrzę w niebo i próbuję odgadnąć za którą chmurą się chowasz, albo w gwiazdy i szukam tej, która byłaby tak lśniąca jak Ty. Czasem układam czy to z chmur, czy z gwiazd różne obrazki i myślę, że może chcesz mi coś przekazać przez to. Może to śmieszne, może dziecinne. Nie zwracam uwagi na to, próbuję tylko dojrzeć Cię w swoim codziennym życiu, próbuję tylko szukać kontaktu z Tobą, znaku od Ciebie, że jesteś i patrzysz wciąż, bo w to, że kochasz nie zwątpię nigdy. Wiem, że z każdym krokiem, który często bywa tak ciężki jakbym dopiero uczył się chodzić, stoisz obok. Patrzysz i asekurujesz mnie bym nie upadł, bym nie zrobił sobie krzywdy. A, gdy Twój refleks zawiedzie z żalem biegniesz po apteczkę i chcesz osuszyć łzy bólu. Wiem, że tak jest, choć nie ma Cię. Wiem, czuję to, po prostu, czuję Cię obok każdego dnia. Czasem gdy zamykam oczy przenoszę Cię z tamtych czasów do teraźniejszości. Staram się zobaczyć Ciebie w kuchni piekącą ciasteczka ciągle nucącą coś pod nosem, roześmianą, uśmiechniętą - Najcudowniejszą Mamę pod Słońcem. Próbuję grać zmysłami i usłyszeć jak wołasz Nas czy Ci nie pomożemy; widzę Naszą Czwórkę jako wzór silnej i gotowej oddać za siebie wszystko, rodziny. Ale rzeczywistość w końcu wraca. Kuchnia jest pusta. Pokoje też. A Wy jesteście jedynie na fotografiach wieńczących całe mieszkanie. Podobno rany się goją, a moje dopadł chyba jakiś wirus, bakteria, która ciągle je rozdrapuje. Nie potrafię zagoić rany, zaszyć Jej i tylko czasem wspominać jak to się stało, że ona jest. Bo nie potrafię pogodzić się z myślą, że Was nie ma, że czemu akurat ja zostałem, a nie Wy? Rana za każdym razem powiększa się i bardziej boli. Czasem myślę, że pożre mnie jak wściekły niedźwiedź, a ja nawet nie będę się bronił. Zamknę oczy i poczekam aż to się stanie. Jest mi ciężko, bardzo. Kiedy ma się przy sobie ideały z marzeń tracąc je tracimy wszelkie fundamenty, koncepcje i często zapominamy cieszyć się z małych rzeczy. Bo wiedzieliśmy, czuliśmy jak to jest kiedy mamy wszystko tak jak chcemy, takie jak chcemy, wszystko to czego potrzebowaliśmy. Ta pustka jest jak rak, szybko się rozprzestrzenia i w równie wszystkim tempie zabija. I często, gdy idę na spacer, a bit równo wybrzmiewa mi w uszach obserwuję ludzi. Tak często widzę szczęśliwe pary prowadzące dziecko za rękę. Mijając plac zabaw i zatroskane matki, które na każdym kroku pilnują swojego małego skarba. Obserwuję mnóstwo zachowań ludzi. I tak często im zazdroszczę. Nie, nie patrzę na markę butów, bluz, czapek, które mają na sobie, ale na ludzi wkoło nich, na więzy jakie ich łączą. Tak ciężko w naszych czasach doceniać rodzinę. Ludzie traktują to jak coś oczywistego. Ale co będzie jak nagle znikną? Życie jest gorzej kruche od herbatników czy ciastek owsianych. Możesz przymknąć powieki, a otwierając je dowiedzieć się, że Twoja matka nie żyje. Kiedy powiedziałaś/łeś Jej, że Ją kochasz? Dawno, prawda? A kto zmieniał Ci pieluchy, uczył mówić, chodzić? Kto Ci pomógł być człowiekiem? Kto oddał Ci całego siebie? Zapominamy o tym ile Oni - rodzice, rodzeństwo dla nas znaczą, póki nie stracimy ich bezpowrotnie. Bo jeśli wzbiją się ponad gwiazdy już nigdy nie spadną na Ziemię. Wracając do Ciebie, Mamo. Wiesz, że tęsknię, to oczywista rzecz i każdy dzień powiększa ochotę skoczenia w tamten świat, jak w nieznaną rzekę. Ale wiesz również, że kocham Cię i nigdy nikogo tak nie pokocham, taką miłością, chyba, że własne dzieci. Dlatego liczy się dla mnie Twoje szczęście, Twój uśmiech. Przychodząc do Ciebie, w tamten wymiar. Wiem, że zraniłbym Cię jak nigdy. Dlatego jestem tu jak gladiator, gotowy na najgorsze walki, byle byś po tym jak polegnę, gdy przeciwnik zwany życiem stanie się silniejszy, przywitała mnie z uśmiechem, bez żalu. Jestem tu, mam cele i plany, mam misję i nie poddam się nigdy. Jestem tu i będę choćbym krzyczał wniebogłosy z bólu i zwijał się nie mogąc go przezwyciężyć. Przysięgam Ci, że każdy dzień będzie kolejnym występem na arenie, arenie rzeczywistości, z którą będę walczył choćbym stracił wszystko. Kocham Cię, tęsknię i czekaj na mnie nie tracąc choć na chwilę uśmiechu. Wybaczaj błędy i bądź, wciąż bądź. A ja, ja złożę bukiet najpiękniejszych kwiatów na zimnym obsypanym śniegiem marmurze, który przypomina Twoją bladą i zimną skórę. Śpij królowo, Twoja misja się skończyła - wychowałaś rycerza. 

niedziela, 17 marca 2013

Życie okazało się zdzirą co przyprawia o depresję.

No cześć.
Czy mieliście taki moment w życiu, że doszliście do jakiegoś skrzyżowania i nie wiedzieliście, w którą z dróg skręcić? Bo ja właśnie po raz kolejny stoję na rozdrożu i rozglądam się, ale nie wiem gdzie iść. Na mapie ten odcinek został pominięty, jakby ktoś zapomniał, że istnieje taka ścieżka. Każda z dróg ma swoje wady i zalety. Każdej horyzonty wyglądają inaczej. Ale strach i niepewność jednak mimo wszystko paraliżują do takiego stopnia, że nie ruszam się, a wręcz cofam. Chcę uciekać jak małe przestraszone dziecko, bo nie lubię ciężkich decyzji. Nie chciałem dorastać, nikt mnie nie spytał o to czy jestem gotowy, dlatego nie mówi mi, że nie mogę się bać takich decyzji i że nie mogę omijać tych dróg. Nie dawaj mi rad kiedy sam wiesz, że cieszysz się w duchu, że nie jesteś na moim miejscu. Tacy jesteśmy. Współczujemy jednocześnie ciesząc się, że to nie nas spotkało. Patrzymy, czasem nawet pomagamy, ale modląc się do kogokolwiek, Boga, kogoś zmarłego, aby nam się to nie przytrafiło. Ale, gdy stoimy w tym miejscu i nie możemy uciec, bo nie ma innej drogi. Nie możemy zawrócić. To tak jak w grach samochodowych, jeśli jedziesz w złą stronę na czerwono dostajemy sygnał, że trzeba obrać inny kierunek. Patrzysz na drogę, której obraz tam daleko jest piękny, ale ulica, która do niego prowadzi jest poniszczona, pełna przeszkód i tylko nieliczni przedrą się przez nią. Jest trudna, ale do zdobycia. Skreślana przez trudy przebrnięcia i odrzucana dla łatwiejszej opcji. Kolejna uliczka jest wąska, ale prosta, bez żadnych uszczerbków. Wokół rosną piękne kwiaty, słychać ptaków śpiew i roznosi się zapach, który kusi by iść. Ale, gdy spoglądamy coraz dalej i dalej, droga zaczyna się rozwidlać, a każda z pobocznych ścieżek szybko się kończy. A obraz jaki widzimy jest rozmyty, szary i oblany smogiem jak ciastka czekoladą. Wielu rzuca się w nią nie rozglądając się na dwie kolejne. Jest przecież prosta, a wszystko ma barwy. Nie jest szara i na pewno jest tą naszą wymarzoną tęczą. Nie patrzymy w przód. Nie analizujemy czy to tylko złudzenie, a biegniemy ciesząc się chwilowym szczęściem. Nic bardziej złudnego. To piękno to fatamorgana, która ucieka przed nami wraz z naszym krokiem do przodu.. W końcu ucieka, my nie mamy sił by ją dłużej gonić, gubimy ją i jesteśmy w czerni. Gubimy się ciągle, skręcamy w złe ścieżki, ciągle szukając tych barw. Albo próbujemy zawracać, ale błądzimy wkoło. Często stąd nie wracamy, często to czerń staję się naszym kolorem, a przecież mieliśmy być dzieckiem tęczy. Ostatnia ścieżka jest trochę poniszczona. Ma trochę dziur, ale jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do lekkich podbić nie będzie to nam za bardzo przeszkadzać. Horyzont, który maluje się przed nami nie jest dziełem najwybitniejszych malarzy, ale też nie malowało go trzyletnie dziecko. To początki artysty, który kiedyś może osiągnąć sukces, albo sprzedawać swoje dzieła na ulicy. Krajobraz wokół nie zapiera oddechu, nie blokuje przepływu tlenu, ale też nie przeraża, jest spokojny i monotonny. Stoję tu, w tym miejscu. I oceniam siebie. Swoje siły, możliwości i predyspozycje. Patrzę jakim jestem człowiekiem. Czy na tyle odważnym i silnym by ruszyć w drogę krętą, ciemną, zawiłą, ale kończącą się miastem szczęścia zbudowanym z moich marzeń? Czy wolę rzucić się w pogoń za łatwym życiem, nie zważając na nic, ważne by teraz, w tym momencie było dobrze? Czy jestem tak leniwy? Czy nie mam ani trochę ambicji? A może wolę tryb spokojnego człowieka? Człowieka, który kroczy powoli przez ten świat, jak maszyna, robi to co musi? Czy dam radę udawać całe życie? Czy wejdę w metalowy strój robota i już zapomnę na zawsze jak to jest być człowiekiem? Czy będę stalową duszą, przerażająco zimną i odpychającą przez swój chłód? A co jeśli żadna z tych dróg nie jest właściwą, bo wcześniejsze moje wybory były złe? Przecież nie wrzucę wstecznego, nie cofnę czasu, nie zabawię się w świrniętego wynalazce, który rzuci wszystko i zacznie konstruować wehikuł czasu. Może powinienem zachować się tak jak dziecko, to dziecko, które mam w sobie i które skuliło się, bo się boi. Zamknąć oczy i pobiec na ślepo wprzód. I choćbym przewracał się, potykał, czuł coraz większe przerażenie nie otworzę oczu póki nie zabraknie mi sił by biec. Może, gdy oddam swoje sprawy w ręce losu będzie to dobrą decyzją? Ale jeśli jednak nie. Jeśli to będzie błąd, błąd, który zniszczy mi życie, albo jakiś etap w nim. Czy będę miał prawo narzekać? Przecież sam powierzyłem podjęcie decyzji właśnie jemu. Powinienem być dorosły. Kurwa, dorosły. Pojebane słowo. Bo dorosły to człowiek, który wszystkie wie, nic nie czuje, pracuje mechanicznie, zapomniał kim był zanim włożyli go w ten strój, stał się maszyną z żalem w oku, który czasem wypływa. Musze być taki. Muszę podejmować decyzję i chować w sobie to, że właśnie coś mnie zabolało. Bo to działa jak krew na rekiny. Ludzie spływają wokół i pożerają kawałek po kawałku. Muszę działać mechanicznie i nie pozwolić by nawet na chwilę przedarło się serce do steru. To rozbiło by idealny statek. Serce uczyniłoby tragedię równą rozbiciu się Titanica. Może również z łzawą historią miłosną. Bo może kochało, kocha i dlatego rwie się do walki o władzę. A może jest po prostu szalone, nieokiełznane i nie chce spokojnego nurtu, chce krążyć wśród niebezpiecznych wysp, sztormów i wysokich fal.
Siedzę, a moje zmarznięte palce tańczą po klawiaturze przy hip-hopie białego walca. Gardło ścisnęło się jakby ktoś zacisnął na nim sznurem i coraz mocniej ciągnął. W głowie mam nielegalne wysypisko śmieci do którego wszyscy przywożą wszystko co im nie potrzebne. Sterty plączących się niepotrzebnych rzeczy hamuje cały organizm, przytłacza go i sprawia, że łapię oddech jakby każdy był ostatnim, jakby ktoś zabrał mi dopływ tlenu do organizmu, albo jakbym pierwszy raz to robił. Zaciągam się nim jak pierwszym papierosem, duszę i krztuszę. I tak za każdym razem. To wszystko miało być prostsze. Miał być Superman, który uratuję świat i nikt nie będzie płakał. Miała być tęcza i krasnale. Miał być święty Mikołaj i Królewna Śnieżka. Mieliśmy żyć w bajce, a nie w horrorze. A czuję się jak dziecko, któremu zapomniano zasłonić oczy przed strasznym momentem w filmie, albo jak dziecko, które obudziło się i w drodze do rodziców napotkało włączony telewizor z najgorszym z horrorów. Tak bardzo nie wiem nic, nie wiem, nie wiem, nie wiem, nie wiem, mógłbym pisać tego tysiące, ja po prostu NIE WIEM i tak cholernie coraz bardziej ogarnia mnie strach, lęk, przerażenie. Boję się, kurwa, boję. Potrzebuję tylko ramienia, które będzie zbudowane z bezpieczeństwa i będzie choć trochę pachnieć jak lato z dzieciństwa.