Bo każdy z nas ma swój świat, który kryję się gdzieś pomiędzy płatami mózgowymi. Świat, który bywa gorzej toksyczny niż ten, który rejestrujemy pustymi próżniami, zwanymi inaczej źrenicami.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
To kto zmartwychwstaje?
Miasto wśród brudnych fabryk osnuwa biała, kontrastowa mgła. Pierzyna pod zmęczonym, starym, zapomnianym, brudnym, biednym robotnikiem. My w samym jego środku, jego sercu kroczymy po ścieżkach potykając się o kamienie. Ale otwierając oczy, a nie podnosząc powieki dostrzegamy, że te kamienie wyglądają tak jak my. Mają nos, oczy, uszy, dłonie, ale ich twarz to kamień, ich serce to kamień, oni są kamieniem. Stoisz na przystanku, wieje chłodny wiatr, który mrozi twoje policzki, a ty dostrzegasz, że nikt wkoło nie marznie. Chłodna pogoda jest niczym w porównaniu z lądolodem wewnętrznym wszystkich tych ludzi. Wciągasz powietrze i się dusisz, to zapach i smak w ustach tych spalin, jest tym co umacnia nasze dusze. Ich konsystencja idealnie komponuje się do ciągle próbującej wykrzesać ogień w tym martwym od emocji ciele. Wsiadasz w tramwaj, słuchasz muzyki i tylko dzięki temu czujesz, że jeszcze żyjesz. Wokół Ciebie można by stwierdzić masową epidemie zgonów. I niby ciężko złapać oddech z przytłumionych płuc, lecz wiesz, że celem twojej podróży jest ktoś kto mimo wszystko cię potrzebuje. Chcesz przecisnąć się między szczelinami skał i twardo deptać po zniszczonych chodnikach by w końcu rzucić się w rwącą wodę waszych uczuć. Twoich i jej. Możesz tonąć, krztusić się nimi, ale to woda, która oczyszcza, obmywa cię z brudu spotkanego za szarą bramą codzienności bez jej dłoni. Chcesz wypowiedzieć wszystkie słowa, bez ładu i składu, bez poprawności gramatycznej, nic nie znaczące, dziwne, bezsensowne, ale do twarzy, która cię słucha. Jej oczy biegają po szczegółach twojej twarzy i rejestrują twoje mrugnięcia, emocje. Patrzysz w nie i wiesz, że nawet jeśli jest czegoś ogrom, nie potrafisz wyobrazić sobie nawet takiej liczby, to jednak możesz to zamknąć w jednym, pozoru małym miejscu, słowie czy też sytuacji. I te trzy bieguny zbiegają się kiedy patrzysz w oczy i wypowiadasz coś tak naturalnego, że czujesz smak w całym przełyku. Wypowiadasz najprostsze i najsmaczniejsze kocham Cię z pewnością usłyszenia również tych słów. Mijają godziny w obramówce waszych serc. Zapada zmrok koloru waszych wpatrzonych źrenic. Światła jak domino zaczynają jedno po drugim dekorować pejzaż zza okna. Nawet nie wiesz która to już godzina czy też minuta na zegarze. Dla was czas to stróż, który zamyka was w kratach niewolnictwa wolności i systemu bez ciepłoty trzydziestu sześciu i sześciu stopni Celsjusza, konkretnego DNA, który organizm zapisał pod nazwą: życie. Dziś czas przyszedł wcześniej niż zwykle i siłą rozszarpuje na strzępy ostatnią wspólną chwilę. Wyrzuca cię jak psa na ulicę, z której uciekałeś jeszcze tak niedawno. Zbierasz porozrzucaną tęsknotą z ziemi i ruszasz przed siebie. Dziś dużo ludzi poszło wcześniej spać. Dziś czas bezwzględnie oczarował lustra by pokazać brutalną prawdę o ich życiu. Położyli się spać, z nadzieją, że sen to nie przerwa od życia to samo życie. Kroczysz wśród wyciszających się miejsc, które na przystanku, krawężniku, balkonie, nawet na niebie w układzie gwiazd, mają wypisane wasze rozmowy, i te o niczym. Te dla żartu i te poważniejsze. Te, w których jest śmiesznie, ale i te w których jest słodko. Uśmiechasz się. Wiesz, że uwielbia słodycze, a ty uwielbiasz świadomość, że to ty jesteś jej ulubionym. Tak kiedyś Ci powiedziała. Dotykasz tego wspomnienia i wmasowujesz go w popękane dłonie od siły tykającego zegara. Robisz kilkaset kroków i kilkaset słów, waszych słów krążą wciąż dookoła. Jakbyś był planetą, a one błądziły by po twojej orbicie. Znowu się uśmiechasz. Bo wiesz, że mógłbyś być wszystkim byle by ona była w epicentrum twojego świata. Aby ona była kosmosem, który wypełniał by cię dookoła. Bo choćbyś skończył jak w najgorszym z scenariuszy, o których rozmawiacie przy najtańszym makaronie i sosie to wiesz, że przy niej jesteś sobą. Wiesz, że to co zapisano ci jako zalążkowi małego człowieka, jako twój fundament, tylko przy niej zawsze będzie taki sam. Wiesz, że nie będziesz musiał wydłubywać w tym kodzie zmian, bo ona kocha właśnie ten kod. Ten układ, ten zbiór. Ciebie. Rzucasz się na łóżko, a razem z tym wyrzucasz wszystkie maski, ochraniacze i nagi od wszelkich ludzkich przystosowań, w ulubionych dresach i z ulubioną muzyką żegnasz się z dniem, z zapachem jej imienia w całym pokoju. Modląc się do czegoś co trzyma klucz do tej karuzeli, w której kręcimy się każdego dnia obserwując wschodzące i zachodzące Słońce, byś w kolejnym dniu nie musiał zszywać szczelin wspomnieniami, a wciąż napełniać się chwilami. I znowu świt, ziemia przekręca się leniwie jak ty na łóżku. Otwierasz oczy i dostrzegasz budzący się świat, jeszcze naturalny i wiesz, że to, że możesz żyć jest twoim darem. I choć ściskasz pięść, bo tu ciężko żyć i narzekasz wciąż, to wiesz, że drugą dłonią chwycisz swój cały świat i nawet jeśli kostki zedrą się to warto jest, zdzierać je dla każdej nuty wspólnej melodii granych przez złączone palce. I choć czasem wydaję Ci się, że miłość umiera każdego dnia by śmierć rodziła się na nowo, wolisz umrzeć z miłością niż tańczyć samotnie ze śmiercią. A ten robotnik choć zasypia z kroplą w oku, i choć mogło by wydawać się, że jest słona, tak naprawdę smakuje szczęściem. Bo choć znienawidzony, brudny każdego dnia pracuje, to w samym jego środku odłamy miłości wciąż są budulcem ścian jego skóry.
czwartek, 6 lutego 2014
jedna szósta emocji.
Coś Ci opowiem tylko połóż się obok tak bym czuł zapach Twojego szamponu, a Twój zimny nos zabierał ciepło z mojej gorącej skóry. W sumie chodź jeszcze bliżej, wciąż mi Cię mało. Ułoż się wygodnie wśród mojego serca, płuc i wątroby. Możesz zamknąć oczy choć chciałbym rejestrować ich wyraz przy każdym moim słowie. Chciałbym zapamiętać każdą nutę radości, zwątpienia, zszokowania czy wzruszenia wśród czarnej źrenicy. Jeszcze tylko zacisnę wokół Ciebie krąg tak mocny jak żeglarski węzeł bym nie zgubił Cię wśród opowieści moich zdartych ust. Całe życie potrzebowałem czegoś i ciągle też szukałem. Byłem jak włóczykij, miałem niewiele, ale szedłem w przód i szukałem. Przez tyle czasu nie wiedziałem co jest elementem, którego brakuje do tego by moja aorta była tętnicą życia, a nie przepływem krwi. Spotykałem ludzi, którzy z daleka krzyczeli hasła jak na bazarze. Twierdzili, że znajdę u nich wszystko za cenę samego siebie. Tak bardzo pragnąłem znów być wypełniony jakimś uczuciem, że oddawałem im siebie. I za każdym razem stawałem się postrzępiony jakby myszy i szczury wyjadały mnie od środka. W końcu zwątpiłem i zacząłem chować się w kokon. Zbudowałem Go dokładnie i szczelnie z obojętności i chamstwa. Nienawidziłem świata, nienawidziłem ludzi. Czasem się w nim dusiłem tak jak moja dusza w ciele, ale powtarzałem sobie, że tak musi być i stałem się więźniem własnego umysłu. Katowałem i ciąłem się myślami przez co krwawiłem, wewnętrznie umierając. Umarłem. Moje serce stanęło, ale moje stopy dalej szły na przód. Umarłem ja, ale nie ciało. Zacząłem płakać, bo nic już mi nie zostało. Nikt o tym nie wiedział. Bo to łzy spływające po komorach serca na żołądek. Niewidoczne dla oczu ludzi. Widoczne dla dusz. Pewnego razu postanowiłem uciec od siebie. Rozciąłem się jak chirurg i zacząłem biec. Już prawie rozłączyłem się z ciałem i wtedy złapałaś mnie mocno i przytuliłaś. Nie wiem jak to się stało, że mnie znalazłaś. Ale wiedziałem, że właśnie tego szukałem. Ukojenia wśród kości i włosów drugiej osoby. Jesteś moim Aniołem, wydarłaś mnie z kleszczy autodestrukcji i schowałaś głęboko w sobie by nikt nie mógł mnie skrzywdzić. Wróciłem do swojego ciała, bo chciałem czuć Twoje perfumy, dotykać skóry, całować zarumienione policzki. Kokon zamienił się w motyla, który wyleciał z mojego serca. To była miłość. Usiadła Ci na ramieniu, a Ty jak wiosenny podmuch wiatru delikatnie wzięłaś Ja w dłonie i uśmiechałaś się najpiękniejszym z uśmiechów. Wtedy wiedziałem, że to Ty jesteś odpowiedzią na moje pytania, ścieżką, którą mam iść, osobą, która ma w sobie to co szukałem, co potrzebuje, pragnę i chcę. Moja dusza zamieniła się w narkomana. Biegała po całym wszechświecie i krzyczała Twoje imię by za chwilę wrócić do Ciebie i wciągnąć w siebie. Ale gdy odeszłaś zaczął się koszmar. Głód wypełnił każdą cząstkę. Bez Ciebie niszczyła gwiazdy i strasznie płakała. Potrzebowała Cię tak samo jak serce, które próbowało ciągle się zabić. Oboje Cię kochają. Ja kocham Cię uczuciem bez definicji słownej, ale zawartej w tym objęciu Ciebie. I proszę kochaj mnie. Nie zsyłaj mnie na bezwiedne dni złożone z umierania za Tobą. Nie chcę siedzieć w nocy i roztrzaskiwać po raz kolejny siebie myślami co by było gdybyśmy byli teraz razem. Jestem jak szkło. Ile razy można je skleić? Wpisałaś w moją skórę swój zapach i delikatny oddech. Stałaś się kolejną półkulą mojego mózgu, większą niż tamte dwie przez co nie potrafię myśleć racjonalnie i choć na chwilę zapomnieć o Tobie. Stworzyłem wszystko w sobie na fundamencie Twojego serca. Chcę Ci dać Barcelonę, kwiaty, trochę zioła i wódki, pełno pocałunków, upojnych nocy i szczęścia. A Ty tylko bądź i jedz ze mną śniadania, gryz moją wargę, trzymaj mnie za rękę, dotykaj mnie, brudź mnie sobą i WALCZ. Walcz ze mną o każdą cząstkę naszego uczucia, którą chcę rozbić grawitacja.
niedziela, 29 grudnia 2013
Just hold me close.
Myśl, jedna, druga, setna, tysięczna i tak dalej i tak
dalej. Niczym konie cwałem przebiegają przez nasz umysł często robiąc w nim
bagno, tnąc na kawałki jakby tasakiem. Myśli – stworzyciele nie jednej łzy
tańczącej gdzieś pod powieką lub spadającej w dół po chłodnym policzku. Myślimy
ciągle, ciągle coś nam siedzi w głowie; przepis na ciasto, co musimy zrobić,
jakieś zadanie do szkoły, tekst piosenki, słowa, osoby. Kiedy przychodzi
zakochanie nagle osoba, którą kochamy staję się kumulacją każdej z myśli, które
jakby spłoszone, oszalałe biegają po naszej głowie. Co robi, gdzie jest, czy
się uśmiecha, czy mnie potrzebuję, pytania rodzą pytania, rozmnażają się jak
bakterie. Zapominamy jeść, zapominamy, która jest godzina, nasz mózg programuje
się na jeden tryb życia – ONA/ON. Nie potrzebujemy jeść, spać, oddychanie
odbywa się automatycznie i gdybyśmy nie robili tego mechanicznie dopiero dusząc
się pewnie byśmy sobie o nim przypomnieli, potrzebujemy tylko przytulenia,
słowa, gestu od tej, jednej osoby. I, wiesz kiedy wstaję rano, Słońce budzi się
ze mną, wszystko wkoło drzemie, to ja już mam myśli o Tobie. Czy śpisz, czy nie
marzną Ci stópki, czy nie masz koszmarów, a może Ci się śnię. Ponadto mówią, że
ponad 97% ludzi po obudzeniu się sprawdza, która jest godzina, a ja biorę
telefon tylko po to żeby spojrzeć na zdjęcie, zdjęcie, które pobudzi mój mózg o
wiele bardziej niż kawa. Mogę zaspać, mogę biec przez pasy, mogę zasypiać na
zajęciach, a mój mózg wciąż pracuję na nerwach, które jakby przyjęły Twoje
imię, jakbym nie miał w sobie już DNA, a Twoje imię, jakby moje oczy straciły
swój kolor, a nabrały wokół źrenic zarysów Twojej twarzy. Jak małe dziecko
otulam kocykiem wspomnień własne serce i kołyszę je w nich, ukajając też każdą
krwinkę tęsknoty, które pływają gdzieś wewnątrz mnie. Stałaś się moim dotykiem,
którym chcę odkrywać świat, moim słuchem, którym chcę słuchać co on do mnie
szepce, moim węchem, którym chcę zachwycać się światem, moim wzrokiem, którym
chcę patrzeć na niego i wiedzieć w nim piękno przez pryzmat Twoich morskich
oczu, Stałaś się moimi ustami, moim
smakiem, i chcę Tobą smakować każdy dzień, a kiedy odejdziesz nie będę miał
nic. Będę żył w martwej ciszy, w mroku własnego serca Będę jak ptak bez
skrzydeł. Powiesz, że jak bezgwiezdne niebo, bo gdy patrzysz na nie jest czarne
jak kawa i smutne. Ale nie bój się, każda myśl o Tobie to gwiazda, więc stworzę
całą konstelację i w każdej z nich niczym Składowska – Curie znajdę pierwiastek,
mój osobisty tlen i będę oddychał nim. Nie będę smutny, obiecuję, bo widzisz
kiedy zamknę oczy czuję Cię obok, mam Cię i dotykam. Będę powietrzem, którego
nie widzisz, ale jest obok, a Ty będziesz moim powietrzem, którego nie widzę, a
nim oddycham. I proszę nie mów, że zapomnę, że przestanę o Tobie myśleć, gwiazdy
żyją miliony lat, nie umierają z dnia na dzień, trwają choć są niechciane przez
Księżyc, który pragnie tylko Słońca.
piątek, 1 listopada 2013
Nie chcę już tęsknić za tym czego nie mam.
Patrzę w lustro, które odbija obrazy, których wystawa ma
miejsce teraz w mojej głowie. Moje serce jest za tą taflą lustra; niedostępne,
choć kiedyś było na wyciągnięcie ręki. Rozżarzone żyły pieką bólem przekraczając
moją granicę wytrzymałości. Cały płonę i palę się swoim żalem. Przytykam głowę
do chłodnej szyby zamykając oczy i tak bardzo chcę by Ona ta, która ciągle
gości w mojej głowie, ta, którą widziałem w tym lustrze, bo widzę Ją wszędzie
dotknęła mojego czoła i zmartwiona zbyt wysoką temperaturą powiedziała: do
łóżka, kochanie, zaopiekuję się Tobą. Ale przecież tego nie zrobi, bo kogoś
innego stan jest dla Niej najważniejszy, ktoś inny teraz może patrzeć w Jej
zmartwione oczy kiedy podaje mu herbatę i mówi, że wszystko będzie dobrze. Z
nią wszystko było by dobrze, dlaczego dopiero teraz musiałem to zrozumieć? Czemu
dopiero teraz założyłem te okulary rzeczywistości i dostrzegłem to, że kiedy
nad czymś myśli przygryza wewnętrzną część policzka, że kiedy nie chce się
popłakać, a łzy ogromnie cisną się Jej to ściska bardzo mocno prawą pięść, a
lewą dłonią wbija sobie w nią paznokcie. Dlaczego dopiero teraz zobaczyłem, że
gdy się uśmiecha Jej oczy stają się jaśniejsze i promienieją? Dlaczego tak
późno uświadomiłem sobie, że ma słodkie pieprzyki na plecach i małą bliznę w
kąciku ust? Dlaczego nie z zwracałem uwagi na tak ważne detale? Każdy z tych
detali zjednoczył się i zbudował powód by mogła odejść. A powodów było tysiące,
a może nawet miliony. Jest najpiękniejszą kobietą w całej galaktyce, ba
wszechświecie i teraz potrafię z zamkniętymi oczami narysować każdy skrawek Jej
ciała, choć moje umiejętności malarskie jedynie umniejszyły by Jej urodzie. Mogła
by mieć każdego, ale trwała przy mnie pomimo tego, że tyle razy obiecywałem Jej
wspólny wieczór oglądając telewizję zapraszałem kumpli, lub odwoływałem i
szedłem do nich. Pomimo tego, że nie zastanawiałem się co mówię i mówiłem tyle
słów, który były jak kwas na Jej bezbronnym, oddanym mi sercu. Nie przytulałem
Jej kiedy po kłótni płakała, byłem pewien, że to Ona przyjdzie do mnie i wróci.
Aż w końcu nie przyszła. Nie wróciła. Jakim ja musiałem być idiotą kiedy
trzymając Ją za rękę patrzyłem się na tyłek innej laski? Tyłek, który przy Jej
idealnych krągłościach był niczym. Jakim ja jestem frajerem, że kiedy Ona zmęczona
wracała do domu nie dałem Jej odpocząć, a wyrywałem Ją na miasto by później
wściekać się, że mogła nie iść skoro źle się bawi. Dlaczego nie zauważyłem, że
postępuję źle kiedy tyle razy prosiła? Dlaczego kiedy powtarzała, że kiedyś
miłość przegra z rozumem nie powiedziałem sobie: kurwa co Ty robisz, możesz
stracić taki skarb, zrób w końcu coś by przestała płakać gorzko, staraj się by płakała
jedynie słodkimi łzami. Dlaczego kiedy powiedziała, że nie ma sił nie
zareagowałeś, debilu? Dlaczego nie pobiegłeś za Nią? Dlaczego nie kupiłeś Jej
kwiatów i klękając przed Nią nie mówiłeś jakim jesteś najgorszym imbecylem, że
pozwoliłeś Jej cierpieć, ale że się zmienisz? Dlaczego, kurwa dlaczego? Poszedłem
pić i kręcił mnie świat singla. Miałem panny, a potem nie miałem. Ale kiedy
przychodziły ranki i pozbywałem się tych kobiet zostawała pustka, której one na
pewno by nie wypełniły. Żadna z nich, ani razem wszystkie wzięte. Dopiero, gdy
to zaczęło z chwil, momentów rozrastać się do godzin aż zostało już tak przez
każdą sekundę zrozumiałem ile straciłem. Powinienem przynosić Jej kwiatki na
urodziny i Jej ulubione ferrero rocher powtarzając, że każdego dnia mnie
zadziwia, bo każdego dnia jest coraz piękniejsza nieważne, które to urodziny. Powinienem
zabierać Ją do kina kiedy mówiła, że tak bardzo chciałaby obejrzeć ten film,
albo nie spać całą noc by znaleźć ten film w necie i obejrzeć z Nią zapominając
o całej reszcie świata, bo ten swój miałbym przy sobie. Powinienem zabierać Ją
na dyskoteki, gdzie przecież byłaby najpiękniejszą ze wszystkich, moim
osobistym bóstwem i tańczyć z Nią do białego rana w klubie, na ulicy, w domu,
bo przecież tak bardzo uwielbia tańczyć. Powinienem pisać Jej smsy kiedy
siedziała w szkolę, kiedy zmęczona kładła się spać, albo kiedy miała wstawać by
przeżyć kolejny ciężki dzień, że nadaję wszystkiemu sens i bez Niej to wszystko
nic by nie znaczyło. Powinienem Ją zaskakiwać i każdą z łez scałować, by potem
zrobić z siebie największego błazna i usłyszeć Jej przepiękny śmiech, który tak
bardzo koi moje serce. Powinienem Ją ciągle przytulać czy to w parku, czy to w
mieszkaniu, czy to śpiąc, czy siedząc powinienem trzymać Ją w ramionach tak
mocno jakby za chwilę miała wyślizgnąć się z nich, a gdyby to się stało
straciłbym Ją na zawsze. Powinienem karmić Ją słodyczami i gdy patrzyła
wzrokiem chcę, ale nie mogę na jeszcze jedną babeczkę powinienem powiedzieć, że
dla mnie jest najpiękniejsza i że nie zmieni tego ta babeczka. Kiedy leżałem w
łóżku, a Ona zrywała się z zajęć żeby przynieść mi tabletki i kanapki
powinienem głaszcząc Jej policzek podziękować Jej, że jest – tak zwyczajnie, a
jednak najlepiej. Powinienem kazać Jej zakładać czapkę kiedy było chłodno,
oddawać kurtkę, bo będzie chora, mówić by uważała na siebie kiedy wychodziła z
domu i całować Ją w czoło na pożegnanie by nie śniły się Jej koszmary. Powinienem
wiele rzeczy, a nie zrobiłem nic. Przekreśliłem własną dłonią swoje życie. Dziś
to on ma szansę robić to czego ja nie robiłem i mam nadzieję, że nie popełnia
błędów, które robiłem ja. Liczy się dla mnie tylko Jej szczęście i to nim
oddycham jakoś, dlatego ogromnie wierzę, że robi to czego nie zrobiłem ja. Że
daje Jej wszystko na co zasługuje, a zasługuje na cały kosmos, na każdą z
planet, która powinna być zawstydzona, że tak mało znaczy przy Niej. Powinna
być dumna, że może być prezentem dla takiego cudu wszechświata. Kładę się na
podłodze, zamykam oczy, chłód desek mrozi mi ciało. Ile jeszcze jest tylu
debili takich jak ja? Doceń póki masz.
środa, 16 października 2013
Jestem dla Ciebie, dla siebie bym już nie żył.
Zastanawiam się kim jesteś nie w sensie Twojego imienia i nazwiska, ale duchowym. Czy mogę nazwać Cię Aniołem, który patrząc na to całe zło wziął aureolę, powiedział temu psychopacie – Bogu, pieprz się, ja muszę mu pomóc i wylądowałaś właśnie tu, w mieście pośród fabryk, w brudnym, obskurnym, zniszczonym miejscu. Wylądowałaś przede mną z takim niewinnym uśmiechem, że poczułem się zawstydzony. A może po prostu tak jak ja zostałaś poczęta przez dwójkę ludzi, wyszłaś na świat z brzuszka kobiety, która kocha Cię bardziej niż siebie i jesteś dla Niej swoim sercem w ciele człowieka. Rosłaś, dojrzewałaś, kreowałaś siebie i ze zwykłą zwyczajnością, tak jakby to był po prostu kolejny poniedziałek, kolejna kawa, zwyczajnie zburzyłaś mit o braku ideałów chodzących po tej zimnej kuli. Przecież stoi przede mną kobieta z proporcjami modelki, z twarzą niczym greckie bóstwo, pięknie wyrzeźbioną niczym przez Michała Anioła, zaprojektowaną przez Leonarda Da Vinci. Stoi i uśmiecha się z taką szczerością, że aż czuję na ustach smak prawdy. Jest przepięknym obrazem cielesnym człowieka, ale i projekcją najpiękniejszych z cech charakteru wymieszaną z domieszką pieprznych, zadziornych smaczków. Jest kontrastową doskonałością. Wrażliwa, ale i silna. Niby skryta, ale serce rozdaje innym niczym posiłek dla potrzebujących.. Patrzę Jej głęboko w oczy i przychodzą mi na myśl odległe czasy. Kiedyś kiedy kobieta tak omamiała mężczyznę, tak zauroczyła swoją osobą mówiło się, że jest wiedźmą i rzuciła czar na nieszczęśnika. I czuję ogromną miłość tych mężczyzn kierowana do tych kobiet, czuję i kumuluje się ona i łączy ze wszystkim co czuję do mojej kobiety. I jestem pewien, że nikt nigdy tak nie kochał, taką czystością uczucia jakby wylał na nie hektolitry wody utlenionej. Może jest moją małą wiedźmą, zaczarowała mnie, pochłonęła, ale oddaję się temu w całości. Niech będzie moimi ruchomymi piaskami, niech mnie zabiera do siebie, nie będę się szarpał, będę czekał. Chcę być z Nią, choćbym miał umrzeć z niedotlenienia przez ciągłe zatrzymanie oddechu na Jej widok. Chcę być z Nią, bo jest moim oknem na świat, moim przepięknym witrażem, najcudowniejszym freskiem na sklepieniu mojego serca, mostem łączącym mózg i serce. Tylko przy Niej czuję harmonię jakbym był Buddą medytującym kilka razy dziennie. Tylko przy Niej mam pewność, że moja dusza każdej nocy będzie ukajać się w wierszach, a nie umierać w nich. Tylko Ona sprawia, że dziury w sercu zasklepiają się, bo dokładnie każdego dnia dba o nie, by później nocą pilnować je przed złymi snami, wątpliwościami i wszystkim innym śpiąc tuż nad nim. Wiem, że mnie kocha. Gdybyś spojrzał w Jej oczy nie dostrzegłbyś swojego odbicia, zobaczył byś w nich mnie i Ją, a w tle naszą przyszłość, którą szkicuje gdzieś na dnie któregoś z płatów mózgowych. Może to być śmieszne dla niektórych, bo po co kochać? Po co oddawać się bez reszty? Przecież to jak powiedzenie: masz tu mnie całego, weź sobie wszystko co ostre i wbijaj tam gdzie najbardziej boli. Ale wiesz, ja wiem, że pomimo tego, że oddaje się Jej cały, Ona nie chcę mnie skrzywdzić, a nawet jeśli kiedykolwiek zrobi mi jakąś krzywdę – zrobi wszystko by nie pozostała nawet najmniejsza ranka. I działa to w dwie strony. Chcę kochać i kocham najmniejszą komórką w moim ciele. Żyją one tylko dzięki tlenowi jakim jest Ona. Ja i mój cały świat istniejemy na fundamencie Jej miłości. Kocham Ją tak chorobliwie mocno, że jest to już obsesją na Jej punkcie. Kocham i tak po prostu widzę Ją przez kolejne lata w swoich ramionach, tworzącą moją rodzinę, będącą moją jedyną Kobietą, której jestem cały. Zostaliśmy po to stworzeni. By być razem. By być całością projektu, nie rozdartym planem rzuconym gdzieś po krańcach świata.
środa, 25 września 2013
A ja patrze na świat, co mnie odrzuca, jak przeszczep.
Witam, Słonka!
Siedzę pośród czterech ścian. Zimnych, twardych, milczących.
Jestem sam. Wychodzę na ulicę i mijam ludzi, ale widzę w nich to samo co w
ścianach swojego pokoju. Są apatyczni, oschli, beznamiętni, chłodni jak ten
jesienny wieczór. Kamienne twarze niczym wykute gdzieś w prehistorii mijają
mnie, a ja ich. Naturalna gruboskórność zakorzeniła się w nas i tkwi niczym
nasze naczynia krwionośne i przenosi się niczym epidemia do każdej jednostki. W
biegu, w szale zapomnieliśmy o tym, że jesteśmy ludźmi, których najważniejszym
elementem jest serce. Serce, które stworzone było do czucia, wydzielania ciepła
emocjonalnego niczym Słońce. Ale dziś zamieniliśmy je w maszynę. Zastępujemy
wszystko robotami, machinami i siebie również. Jaki w tym sens? Gdzie człowiek
kordialny, kochający jak Werter, pałający afektem? Zgubiliśmy mapę do własnego
epicentrum emocji. Pogubiliśmy się we własnych niciach i codzienności, która
skrzywia nam kręgosłupy sprowadzając nas do postaci zwierzęcia. A my? Ludzie z
ideami, buntownicy, romantycy, indywidualiści? Nie oszukujmy się marzymy o
Utopii, donkiszoci walczący z wiatrakami znieczulicy. Pragniemy kochać, marzyć,
czuć i infekować to innym. Ale jedyne co z tego mamy to ogromny ból, gehenna na
Ziemi. Otwieramy się wprowadzając innych by ogrzali się ciepłem naszej miłości
i powrócili na odpowiednią drogę, lecz nasza naiwność i prostoduszność zostaję
wykorzystana bardziej niż najtańsza prostytutka. W centrum naszego ja
otrzymujemy ciosy. Zostajemy pobici póki z naszych dusz nie wyleje się krew w
postaci przesolonych łez skrapianych na czerwonych z zawodu policzkach. Zakrwawieni,
konający razem z wiarą w ludzkość topimy się w dochodzących wnioskach, że świat
jest jaki jest. Jednakże nasza dziecinność, chęć walki nie pozwala nam patrzeć
przez pryzmat doświadczeń i nauczyć się na błędach pomimo, iż jest to syzyfowa
praca, która kończy się za każdym razem karą Prometeusza dalej lgniemy do
ludzi. Siedzę wśród tych ścian, tak jak w wielu innych miejscach i próbuję
ukształtować swoje serce na nowo. Zbudowałem je z ludzi, którzy z dnia na dzień
bez mojej wiedzy zrujnowali je i wyrzucili na zimny chodnik do kolejnych serc
do zdeptania przez społeczeństwo. Mam ogromne braki, luki i dziury w sobie i
nie mam pojęcia co z nimi zrobić. Boję się każdej kolejnej minuty, bo każdy następny
cios czuję podwójnie, a każdej kolejnej minuty mogę stracić ponownie kogoś. Czasem
nawet gorzko szlocham, bo tak bardzo pragnąłem nie być nigdy sam. Potrzebuję
kogoś obok do wspólnego starzenia się każdego dnia, lecz jakoś nikt nie jest
zainteresowany. Wszyscy są głuchoniemi z wyboru; nie słyszą, bo nie chcą i
milczą, bo nie potrafią odczuwać empatii. Czasem zdarza mi się gorzko
zaszlochać wraz z Ryśkiem, a czarna kawa za oknem samotna bez gwiazd wtóruje mi
w moim płaczu Zastanawiam się czy gęsty
mrok również i mnie wypełni? Czy od nadpalania mojego wnętrza obietnicami bez
pokrycia stanę się tylko dymem, który przez jeden podmuch rozmyje się i zniknie
na zawsze? A może wzejdzie jakieś Słońce, ktoś będzie moim światłem, na drugi
świat, ale nie ten, który prowadzi do rozerwania duszy z ciałem, lecz świat,
gdzie kochać jest sztuką, a nie zbrodnią. Dziś jestem najgorszym bandytą,
zakochałem się tracąc głowę. Dziś jestem wrzodem ludzkości, bo nie biegnę po
trupach, patrzę pod nogi i nie obchodzi mnie meta kiedy koło mnie przewrócił
się drugi człowiek. Jutro kim będę? Machiną czy obudzę się na innym globie,
wszechświecie, o który nie poddam się bez boju? A kim będziecie Wy? Odpowiedzcie
sobie na to pytanie. Dobranoc.
sobota, 6 lipca 2013
Pewna historia.
Szarość Księżyca pada gdzieś na
moją duszę i otula mleczną łuną. Ona budzi się jak po narkozie,
chwilowym wyłączeniu od świata, od bólu. Od pierwszej sekundy
bombarduje Ją ogromny ból, który sprawia, że skurczyła się i
zaczęła płakać. Biorę nóż i rozkrajam siebie delikatnie bądź
brutalnie by ujrzeć jak leżąc gdzieś w przyciasnej klatce żeber
umiera szeptając do pokutego serca.
- Jaki sens jest w codziennym umieraniu
kiedy nie rodzę się nowo?
Pyta poranionego przez doświadczenie
mięśnia. Jednakże on tylko cicho, coraz ciszej wystukuję rytm,
który brzmi jakby ostatnie kroki skazańca.
- Zielona mila. – mówi mózg.
Umierasz, bo chciałaś dobrze.
Umierasz, bo walczyłaś by wszczepić radość do innych serc.
Umierasz, bo tych serc nie ma. Nie ma, pokroiły się nawzajem jak
tani kawał mięsa. Umierasz, bo czujesz jak nasze serce pomału
zostaje poćwiartowane. Setki tysięcy noży wbija się w nie, a ono
nie walczy, nie krzyczy, wie, że nikt go nie słyszy. Jest niemym
krzykiem wśród zgiełku pieniądza i własnego ega. Ono tylko jest
i jak wątrobą Prometeusza czeka na pożarcie zwierzęcych ludzi. –
dokończył chłodno rozum.
- Zwierzęcych ludzi, czyż to nie
oksymoron? Zwierzęta mogą być ludzkie, ale czy ludzie zwierzętami?
A więc przez tyle lat ewaluowali z małpy w człowieka, z prymitywa
do inteligentnego dwunogiego stworzenia, by na koniec ich kręgosłupy
skrzywiły się z zazdrości i pychy, i zamieniły się w czteronożne
bestie?
Nastała cisza. Niewidoczne oczy
każdego organu napełniły się łzami.
Tylko serce, to ciche, skrzywdzone,
wybuchnęło ogromnym szlochem.
Nie panując nad tym co mówi, w końcu
będąc oszalałym organem, kierującym się emocjami, zaczęło
krzyczeć:
- Jeśli mam umrzeć to jako ja, jako
alegoria uczuć, nie będę kamieniem przewracającym innych ludzi by
zdarli do krwi swoje uczucia. Będę kochać, płakać i będę
wariatem oszalałym z odczuć. Mogą mnie zamknąć w jeszcze
mniejszej klatce i mogę dalej rysować się o kraty ostrych
oddechów, nieważne, ja będę kochać, kurwa mać.
Zszokowani desperacją głównego
przemytnika życia patrzyli z niedowierzaniem na siebie.
Padały różne szepty:
- Poddać się to jak sprzedać
własnego siebie.
- Nie możemy wątpić, zawsze wierzy w
nas ten w lustrze.
- Czy walka o idee, z góry przegrana
to nie walka z wiatrakami?
- Nie lepiej być Don Kichotem, mającym
jakąkolwiek idee niż próżnią na łańcuchu?
- Ale my już poddaliśmy się
autodestrukcji, czy możemy to zmienić?
- A czy Jacek Soplica nie poddał się
wódce by później walczyć o swą ojczyznę, miał cel, zarażał
tym ludzi jako ks. Robaczek?
- Wiara, tak ciężko mi wierzyć, a w
połączeniu z nadzieją mam wrażenie, że to krzyż przytłaczający
i wbijający w glebę, żłobiąc depresję.
- Może zamiast patrząc na nie jak na
krzyż ujrzyj w nich tyczkę, dzięki której przeskoczysz mury
każdego zwątpienia i problemu.
Równo zszywam skórę i zamykam siebie
wewnątrz. Spoglądam w lustro.
Nie wiem kim jestem. Mam wrażenie, że
pomiędzy upadkami zgubiłem gdzieś siebie.
Gdzieś wraz ze spływającą krwią
spłynęło moje ja.
Dotykam lewej strony żeber. Biję
jeszcze tam.
Moje serce, moje uczucia, moje wnętrze,
moja dusza.
One są. Chcą być, chcą walczyć
pomimo ostrzy rzeczywistości.
A więc umrę, umrę tutaj, jako
Michał. Nie będę wampirem wysysającym marzenia.
Nie będę lwem pożerającym
pragnienia i sentymenty.
Postanawiam umrzeć.
Michał.
26.06.2013r.
czwartek, 27 czerwca 2013
Rozdaję serce.
Witam każdą zbłąkaną duszę, która zgubiła się i wpadła na tego bloga.
Dziś dwa posty w jednym.
Promocja.
Może kupisz coś?
Może Twoja dusza zainteresuję się darmowym towarem mojego serca.
I.
Mamo.
Nie wiem od czego zacząć. Tyle się
wydarzyło, zmieniło, że sam jeszcze nie do końca to ogarniam.
Może zacznę od tego, że bardzo Cię kocham, ale myślę, że to
wiesz, bo mówię Ci to często w myślach, przed Twoim zimnym
zdjęciem, wszędzie. To, że tęsknię też pewnie wiesz. Gdyby tak
nie było nie przesiadywałbym po kilka godzin przy Twoim ciele, nie
nosił Twojego zdjęcia w portfelu i ciągle zastanawiał się co u
Ciebie, gdzie jesteś i czy patrzysz teraz na mnie. Tęsknię
ogromnie cały czas i cały czas się to narasta, tak jak miłość
do Ciebie. Dwie sprawy, które się uzupełniają, razem dorastają i
nie opuszczają się nawet na chwilę. Jak dwójka przyjaciół z
dzieciństwa. Od zawsze razem, wszędzie, ciągle. Za każdym razem.
Jednak tęsknota zdradza miłość z nocą i pieprzą mnie obie,
Mamo. Każdej nocy nie potrafię żyć, bo umiera we mnie serce.
Jesteś Nim. Jesteś Jego największą i najpiękniejszą częścią.
Ale jestem jak skała, tak jak nawija Małpa, muszę nią być i
będę. I choćby uderzał we mnie najgorszy z ciosów, ja nie
skruszę się na drobne, może jakiś kawałek mnie odpadnie;
mniejszy, większy, ale będę dalej trwał. Chcę Ci podziękować,
Mamo. Nauczyłaś mnie kochać, hodować w sobie uczucia, dzielić
się nimi z ludźmi i tworzyć z nich piękną magię. Nauczyłaś
mnie co to jest miłość, Ty jesteś definicją tego słowa.
Nauczyłaś mnie troski o drugiego człowieka, zapominając o samym
sobie. Tak jak robiłaś to Ty, nie patrząc na swoje potrzeby, a
potrzeby Twoich dzieci i całego świata. Pewnie gdybyś mogła
oddałabyś każdy swój organ, wszystko co miałaś, oprócz nas by
lepiej było na tym świecie, mnie, Natalie, Kubie i innym ludziom.
Dziękuję Ci za to, że mogłem być Twoim synem, za wszystkie
wspomnienia, za wszystko co mi dałaś. Ale teraz, dziękuję Ci
przede wszystkim za Anioła, którego wysłałaś prosto od siebie do
mnie. Taki prezent na zakończenie szkoły. Inni dostają drogie
auta, bilety na wakacje zagranicą, a ja dostałem kobietę, która
ożywiła we mnie każdą martwą od cierpienia cząstkę. Kobietę,
która jest piękniejsza niż wszystkie cuda świata i daje mi więcej
szczęścia niż dzieciakowi przejażdżka na karuzeli. Mamo, proszę
pomóż mi utrzymać Ją przy sobie, bo bez Niej staję się
niekompletnym kawałkiem układanki, która w końcu spada z
wysokości, rozsypuję się i gubi. Już nikt nie złoży ze mnie
więcej całości. Pewnie widzisz jak bardzo Ją kocham, tak po
prostu z dnia na dzień wkradło się Jej imię w tak proste słowa
jak śniadanie, mieszkanie, zawsze. Jeszcze nie poszedłem na studia,
ale już jestem architektem planów, które szkicuję gdzieś głęboko
w sercu i chowam je by dopracować każdy szczegół i sprawić by
były magiczne jak Jej uśmiech. Za parę lat skończę studia, wezmę
ślub z Karoliną i będziemy mieć ogromną gromadkę dzieci, które
zawsze będą pamiętać o babci, choć nigdy nie poczują Jej
dotyku. Wychowam Je z pamięcią Twojej osoby, nie chcę byś była
tylko opowieścią, ale by czuły Cię wśród moich dotyków, moich
oddechów, by wiedzieli tak to Babcia. Będziemy mieć wielki ogród,
z huśtawkami, ławką, piaskownicą z wiadereczkami, zjeżdżalnią
i zabawkami dla zwierzaków. Będziemy mieć ogromny salon, gdzie na
ścianach będą wisiały Twoje zdjęcia, Natalie, Kuby, Nas
wszystkich i każdego człowieka, który wpiął się w nerwy mięśnia
sercowego. Będziemy tam siedzieć wszyscy razem i opowiadać
najpiękniejsze ze wspomnień. Będę pracował w jakimś biurze,
biegał ciągle gubiąc projekty, z czego dzieciaki będą się
śmiać, w przelocie pocałuję je w czoła i ucieknę by jak
najszybciej wrócić i zabrać Je na lody. Mam tyle planów i
chciałbym Ci je wszystkie opowiedzieć, usłyszeć co o nich sądzisz
i zobaczyć Twój ogromny uśmiech, bo to jest ta chwila, kiedy
widzisz, że jestem już dorosły, pewnie spłynęłaby Ci łza, że
Twój mały synek ucieka od Ciebie, ale nigdy nie zapomina – to
najważniejsze. Zmieniłem się, Mamo, dorosłem i wiesz? Jest mi z
tym dobrze. Postrzegam świat Twoimi oczami, idę w przód z Twoimi
radami, ciągle trzymając za dłoń kobietę, która daję siłę
jednym uściskiem moich zniszczonych rąk. Dorosłem, Mamo, ale moja
miłość nie wygasła. Dorosłem, Mamo i to dzięki Tobie. Dorosłem,
Mamo i wciąż jestem Twoim małym synem. Kocham Cię, Mamuś. Do
zobaczenia kiedy skończę grać w życie, bo wyskoczy mi GAME OVER i
do usłyszenia, bo na pewno kładąc się spać podziękuję Ci za
wszystko co mam. Buziak. Twój Mikuś.
II.
Noc i ja.
Zapada pomału mrok. Wpływa do
konsystencji dnia i miesza się jak kawa z mlekiem. Słońce
kolorowym szlakiem żegna się, a gdy porwie go horyzont, wszystkie
klatki naszych dusz otwierają się. Zaczynają krzyczeć, biegać,
płakać, wić się, po prostu cierpieć przeraźliwie głośno.
Palący ból zaczyna niemiłosiernie palić żyły od środka
przepalając je na wylot. Krew sączy się równą ścieżką, tak
spokojną, przeciwstawnie do naszych emocji. One wariują, biją nas,
depczą, gryzą i czekają na łzy. Słony diament spod kruchej
warstwy skóry kołyszący się jak małe dziecko. Nie jest pewny czy
chcę upaść tak nisko i rozpryskać się. To tak jak z nami, nie
wiemy czy dalej trwać w tym niebycie kołysania się każdego dnia,
do kolejnego. Niektórzy postanawiają spaść, upadają tocząc się
powoli, w końcu zostaje z nich tylko mokra plama na policzkach
najbliższych. Chłód podłogi sprawia, że jesteś bliżej szoku
termicznego, ale przyciąga Cię ona nie tylko przez temperaturę,
ale i przez to, że jesteś tak nisko, na dnie, jak wszystko co
ukryłeś gdzieś pod mięśniami i warstwami. Chore na klaustrofobie
serce dusisz w żebrach, zabierając mu oddech. Przerażone raz
krzyczy, a raz drzemie bojąc się echa swych błagań. Chowasz w nim
swoje najskrytsze tajemnice, a ono rośnie i nadziewa się bardziej i
bardziej na ostre kontury kości, przez co pęka wciąż i musi
składać się jak meble z Ikei. Właśnie nocą niebezpiecznie
rysuję się o krawędzi, aż w końcu przebija się jak balon i
zostają z niego strzępy, które rozcinają też Ciebie. Leżysz na
podłodze, sam, choć przecież samotność można nazwać
przyjaciółką. Nie zauważyłeś, że ma cechy przyjaciela? Jest
przy Tobie zawsze, nie opuszcza Cię na krok, lojalnie jest i patrzy
na Ciebie kiedy lejące się litrami cierpienia spływają na dywan i
wchłaniają się tak jakby nigdy nic. Ona jest, a innych nie ma.
Inni mają swoje sprawy, mają życie wyjęte z telewizji. A ty nie
masz życia, Twoje życie toczy się innym torem. Możesz na nie
patrzeć, ale nie dotkniesz, to tak jak z drogim eksponatem. Nie
dotkniesz, bo chroni go szyba, jedynie patrzysz przez nią i myślisz
jakby to było mając go w dłoni. Blokuje Cię ściana, nie idziesz
w przód, wmawiasz sobie, że robisz kilka kroków w tył by się
rozbiegnąć i przeskoczyć, ale prawda jest taka, że cofasz się,
bo nie wiesz co zrobić. Nie potrafisz, albo boisz się spróbować.
Uciekasz stamtąd, ale okazuję się, że jesteś zamknięty.
Umierasz tu, umierasz w sobie i na tej podłodze. Rany niczym
stygmaty pojawiają się na Twojej skórze by pod wpływem Słońca
ukryć się w tkankach. Ściskasz mocno kostki próbując mieć choć
trochę brakującej bliskości. W upalną noc jest Ci zimno, jesteś
nie przytulony i nie kochany. Masz wrażenie, że Twoje ciało nie
jest Twoim, jakby ból sprawił, że wyszedłeś z ciała. Twoja
głowa szumi mocno, aż w końcu robi specjalnie dla Ciebie seans
filmowy. Pokazuje najpiękniejsze chwile złączone z najgorszymi.
Kontrast, który jest jak wbicie sobie noża w brzuch. Chcesz się
wyrwać, wijesz się, kurczysz, krzyczysz. Czy jedno słowo może
zniszczyć, zabić? W S P O M N I E N I A. Nie jedna osoba krwią i
łzami zapisuje to słowo. Nie jednej osobie wypaliło się to słowo
we wnętrz i pali każdego dnia. Jakie jest lekarstwo na to? Nie ma.
Trzeba nauczyć się z tym żyć tak jak z HIVEM. Więc może zamiast
odkrywać galaktyki powinniśmy szukać sposobu na ujarzmienie ów
epidemii. A może jednak przeszukiwanie kosmosu to dobre rozwiązanie?
Może znajdziemy kolejnych ludzi, może w końcu nie będziemy
samotni. Może jednak samotno
niedziela, 26 maja 2013
Kochana Mamo.
Dzień Matki, kolejne święto zaznaczone na czerwono w kalendarzu. Kolejny dzień zmieszany z nocą. Ale czy to taki kolejny, zwykły dzień, następujący po wcześniejszym zwykłym dniu? Czy potrafimy docenić choć jeden dzień w roku właśnie Mamę? Czy choć 24 godziny na 365 dni pokazujemy, że kochamy? Że doceniamy wszystkie wyrzeczenia? Że wiemy, że to dzięki Niej robimy siusiu na kibelku, a nie w gatki, że potrafimy jeść widelcem, a nie palcami, że umiemy pisać i czytać, z błędami, ale umiemy? Dla większości jest to kolejne święto, kolejne, które kosztuje, bo POWINNO, a nie CHCĘ się kupić prezent dla kobiety, która głaskała swój brzuch przed zaśnięciem, która nie mogła doczekać się aż wyplączemy się z Jej pochwy prosto do Jej ramion. Traktujemy to jak przymus. "O, jakaś kartką na dzień Matki, a nawet tania, kupię niech się Matka cieszy." A ta Matka brała Was za rękę i ze łzami w oczach odprowadzała do przedszkola. Często płacze w w duchu kiedy hormony wariują w Tobie i rzucasz w Nią granatami słów, które rozszarpują Ja. Tu nie chodzi, żebyśmy kupowali prezenty warte miliony, tysiące złotych, a warte miliony i tysiące łez szczęścia. Daj Jej prezent z serca, powiedz, że Ją kochasz, przytul Ją, cokolwiek. Uwierz, że Jej matczyne serce ściśnie się do wielkości piąstki, którą miałeś, gdy pierwszy raz Cię przytuliła. Rozejrzyj się na to co masz. Czy Mama nie jest jednym z największych skarbów? A doceniasz to? Wiesz ile ludzi na świecie spędza ten dzień bez osoby,do której mówili: Mamo? Co byś bez Niej zrobił? Byłbyś pusty jak pusta jest flaszka wódki, którą wypije nie jeden człowiek dziś z tęsknoty za ramionami swojej Królowej. Byłaś bez najważniejszej części swojego serca, bo pamiętaj - Mama to najważniejsza osoba, o którą masz obowiązek dbać i pielęgnować jak o najrzadszy kwiat. Bo Ona jest kwiatem. Delikatna i krucha, a zarazem piękna. Jest piękna na swój sposób, sposób bycia prawdziwą Matka. Przytulaj Ją tak po prostu, bo wiesz pewnego dnia nie będziesz miał tak silnych rąk, by utrzymać Ja w ramionach, gdy śmierć będzie Ci Ją wyrywać. Pewnego dnia staniesz na pasach i poczujesz ogromną ochotę przebiegniecia przez nie prosto do Jej ramion, ale Ona już Cię nie przytuli. Będzie spała gdzieś daleko, gdzie Twój wzrok nie sięga. Czyli poczujesz to co ja czuję od wielu lat. I zrobisz to co robię ja każdego dnia. Pójdziesz na miejsce gdzie są rozszarpane duszę schowane w paru deskach. Usiądziesz, dotkniesz zimnego marmuru, który jeszcze bardziej Ci uzmysłowi jak daleko musi być Jej serce. Twój mózg zacznie odgrywać seans filmowy pod tytułem: Moja Mama i ja. Zobaczysz każdą chwilę, która umieściła się między zwojami. Seans się skończy, a Ty spojrzysz na to co masz teraz i zbierze się w Twoim gardle taki żal, że zwymiotujesz go łzami. Będziesz płakał zanosząc się i nie mogąc oddychać, bo ogromna kula cierpienia odetnie dopływ tlenu. Zobaczysz jak wiele posiadales, a jak bardzo nie doceniłes. Czy strata zawsze musi tak boleśnie pokazać jak ważną częścią naszego świata było to co odeszło? Czy musimy znosić ból pęknięć serca w rejonie, gdzie schowaliśmy to by zobaczyć jak bardzo nam zależało? Zaczniesz szeptać smutnym i cichym głosem monolog do Niej zbudowany ze słów, których nigdy nie mówiles, bądź mówiłeś rzadko. Opowiesz Jej skruszony jak szkło, które wcześniej było szklanką o swojej miłości i tęsknocie, która pcha Cię w stronę upadków na twardą glebę życia. Powiesz jak bardzo chcesz by była i ile znaczy Ona i każda chwila z Nią. Na koniec zdasz sobie oczywistą, ale gorzką prawdę, że to nie dialog, że Ona nie odpowie. Skryjesz twarz w dłonie i będzie Cię zjadał ból jak robaki zjadały Jej ciało zawsze pachnące miłością. Za jakiś czas otworzysz oczy, spojrzysz na imię i nazwisko napisane przed Twoimi oczami, a Twoje serce zamieni się w malutką kuleczkę, ściśnietą z żalu, ale bijącą z prędkością rajdów, próbującą uciec z Twojej klatki do Jej serca. Spłynie kolejna łza. Wstaniesz, Twój wycieńczony organizm zachwieje Twoim ciałem, ale zrobisz krok i pocałujesz coś co ma być odzwierciedleniem Jej osoby, czyli Jej grób. Pójdziesz z stamtąd dobrze wiedząc, że już nie jesteś tym kim byłeś i nigdy już nie będziesz. Twoje serce już zawsze będzie miało dziurę w sercu jakby ktoś wziął pistolet i przestrzelił je. Opowiedziałem Ci co robię ja, ale uwierz mi w takich chwilach jesteśmy tacy sami. Spotkam Cię kiedyś w takim stanie, w tym miejscu, choć Ci tego nie życzę. Ale Ty masz jeszcze szansę i wybór. Możesz dotknąć Jej i powiedzieć Jej jak ważnym elementem Twojej układanki jest. Możesz to zrobić, teraz. Ja mogę tylko oglądać zdjęcia, płakać, krzyczeć, nienawidzić Boga za to, że Ją zabrał, ale nachlać się jak szmata. Ale nie mogę poczuć Jej dłoni, zapachu i spojrzeć w oczy, które działają jak leki uspakajające. Nie mogę i to jest mój największy ból. Zazdroszczę Ci tego, z całego serca, które w sumie mogę Ci oddać jeśli sprawisz, że zobaczę Ją na moment, tutaj, nie na poplamionych łzami zdjęciach. Daj Mamie miłość jako prezent. A ja zaniosę kolejny znicz, kolejną piękną róże i kolejny raz mówił, że Ja kocham, wyrażając to przemoknietymi jak serca miast policzkami.
Mamo, teraz mówię do Ciebie, bo to Twoje święto. Powinienem Ci czegoś życzyć, ale nie potrafię upleść żadnych sensownych życzeń. Chcę tylko i życzę Ci tego byś była tam szczęśliwa, by Twój uśmiech nie znikał z twarzy wciąż tak jak wciąż kocham Cię ogromną miłością. Mam nadzieję, że masz tam ogródek i możesz piec ciasteczka, bo to kochasz. I mam też nadzieję, że pomimo czasu, który upłynął od ostatniego pocałunku w czoło dalej jesteś ze mnie dumna. Wiesz, że jesteś moją siłą? Moją kroplówką życia, która jest prosto w moim sercu i pompuje mi cały czas niezbędne składniki do walki. Tęsknię za Tobą częściej niż bije mi serce, ale nie przyjdę jeszcze do Ciebie, bo nie zasługuje na Twoje ramiona. Nie zdobyłem jeszcze żadnego trofeum by móc pochwalić się przed Tobą. Na razie mam zbroję, miecz i kilkanaście uszkodzeń, ale stoję i macham mieczem jak tylko potrafię. Wierzę, że znów będę zwycięzcą z ogromnym Smokiem - życiem. Caluję Cię ciepło, by zmyć chłód nieba z Twoich policzek. Do zobaczenia, Mamo. Twój Mikuś.
Mamo, teraz mówię do Ciebie, bo to Twoje święto. Powinienem Ci czegoś życzyć, ale nie potrafię upleść żadnych sensownych życzeń. Chcę tylko i życzę Ci tego byś była tam szczęśliwa, by Twój uśmiech nie znikał z twarzy wciąż tak jak wciąż kocham Cię ogromną miłością. Mam nadzieję, że masz tam ogródek i możesz piec ciasteczka, bo to kochasz. I mam też nadzieję, że pomimo czasu, który upłynął od ostatniego pocałunku w czoło dalej jesteś ze mnie dumna. Wiesz, że jesteś moją siłą? Moją kroplówką życia, która jest prosto w moim sercu i pompuje mi cały czas niezbędne składniki do walki. Tęsknię za Tobą częściej niż bije mi serce, ale nie przyjdę jeszcze do Ciebie, bo nie zasługuje na Twoje ramiona. Nie zdobyłem jeszcze żadnego trofeum by móc pochwalić się przed Tobą. Na razie mam zbroję, miecz i kilkanaście uszkodzeń, ale stoję i macham mieczem jak tylko potrafię. Wierzę, że znów będę zwycięzcą z ogromnym Smokiem - życiem. Caluję Cię ciepło, by zmyć chłód nieba z Twoich policzek. Do zobaczenia, Mamo. Twój Mikuś.
poniedziałek, 13 maja 2013
Proszę.
SIEMANO!
Zastanawiałem się w ostatnim czasie nad paroma sprawami. Jak dobrze zauważyliście jest to osobisty blog skrywający wiele moich myśli i przemyśleń, nawet te intymne. Dlatego to co teraz przeczytacie może być nawet zbyt intymne. Jeśli masz mnie za to hejtować - napisz to na kartce i wyrzuć, bo tylko zaśmiecasz mi skrzynkę na asku. Jeśli nie chcecie - nie czytajcie, REMEMBER!
Boże, bardzo dobrze wiesz jak bardzo w Ciebie wątpię od tylu lat. Ale wiesz również, że chciałbym wierzyć w Ciebie - w to, że jesteś, lecz gdy próbuję z Tobą rozmawiać, pytam Cię o rady, jak Ojca; a przecież podobno jesteś Nim, milczysz. Jest cisza, która nie jest odpowiedzią ani lekiem na to wszystko. Równie dobrze mógłbym mówić i wielbić kamień, który też nie wnosi nic do mojego życia i jest równie zimny jak Ty.
Myślę, że każdy PRAWDZIWY rodzic ma w sobie ogromną miłość do własnego dziecka, a miłość jest ciepła, gorąca, a więc czy Ty jesteś Moim Ojcem? Jesteś zimny na moje łzy, uderzenia w ścianę i wszystko co mnie spotyka. A czy nie powinieneś wesprzeć mnie? Nie czuję żadnego odzewu z Twojej strony. Chyba, że te wszystkie sytuacje, które sprawiły, że umarłem, zmieniłem się o 380 stopni to Twoja odpowiedź. Jeśli tak to wiem, że nienawidzisz mnie całym sercem. Wytłumacz mi jak możesz patrzeć na tyle nieszczęść przez tyle lat? I nie tłumacz się ludźmi, tak ludzie są źli. Tak ludzie też bywają dobrzy. Ale przecież KAŻDY człowiek jest stworzony na Twoje podobieństwo, a więc czy jesteś dobry i zły? Nie jestem bez winy, na pewno, bo popełniałem błędy, całe mnóstwo. Wciąż je popełniam. Ale czy właśnie wtedy nie potrzebujemy najbardziej obecności osoby, która nas kocha? Jesteś taki wszechmocny, a Twoja miłość jest czysta, ale nie wyszło Ci to do końca. Zobacz, dzieci umierają z głodu, kiedy osoby, które Ty wybrałeś - księża jedzą do syta. 90% księży, arcybiskupów i wszystkich tych ważnych ludzi idą z wielką baryłą z przodu, wożąc się sportowymi autami. Gdzie tu sens? Jak Ty wybierasz tych ludzi? Wiadomo, do Kościoła ma się chodzić dla Ciebie, ale kto Cię reprezentuję? To Twoja wizytówka. Myślę, że jesteś taki sam jak większość z nich. Są wyjątki, ale czy jest ich dużo? Większość z nich to złodzieje, pedofile i tym podobne. Ty okradłeś Nas z nadziei i zgwałciłeś przy porodzie. Jesteśmy skrzywdzeni od samego początku i choć staramy się to wciąż nie jest tak, bo masz inny plan. Lubisz ludzkie łzy? To jakaś satysfakcja? Krew, rozszarpane ciała, głód, gwałty, kręci Cię to? Taki fetysz? Gdzie sprawiedliwość? Podobno jesteś Sędzią Sprawiedliwym, więc dlaczego pozwalasz alkoholikowi bić małe dziecko? Czemu to dziecko umrze prędzej niż ten pieprzony alkoholik? Czemu najgorsi skurwiele żyją dłużej niż Aniołowie nie ludzie? A Wojny? Tyle ludzi, którzy nic nie zrobili, a gorąco się modlili do Ciebie. Co z tym zrobiłeś? Rozszarpałeś ich ciała na strzępy bombą. Ile ten horror ma jeszcze trwać? Bawisz się w Simsy? Czy jestem Twoim Simsem? Co teraz masz dla mnie? Podpalisz mnie, złamiesz mi serce czy wręcz przeciwnie będę mógł myśleć przez chwilę, że jest pięknie? A jakbyś czuł się Ty na naszym miejscu? Wzięlibyśmy Cię wszyscy i zaczęli wbijać igły. Poczułbyś ból zadawany Nam. Szanuję ludzi, którzy są religijni. Nie rozumiem co w tym widzą, ale wiele ludzi nie rozumie tego, że jem nutelle z ketchupem i nic do tego nie mam. Może Oni mają taką siłę woli, ja nie. Jestem racjonalistą, widzę co się tu dzieję i ile sam musiałem przejść bez żadnego Twojego wsparcia. Bądź sobie dla innych ludzi, ale nie oczekuj potem wdzięczności od Nas za łzy, brud i krew. Nie oczekuj nic, bo nie dałeś nam nic prócz zepsutego świata i złego startu. Może dzięki temu powiesz coś do mnie, skontaktujesz się, zmienisz coś. Dobrze to żałosne, że tak myślę. Proszę Cię tylko - daj nam więcej chwil, gdzie jesteśmy uśmiechnięci. Więcej. Daj nam tylko uśmiech, a szczególnie tym, którzy mają go najmniej. Daj uśmiech wszystkim cierpiącym i pokrzywdzonym i jak najwięcej zdrowia moim bliskim. O nic więcej cię nie proszę. Nie chcę nic więcej od Kogoś kto przez całe życie próbuję zniszczyć każdą część mnie. Nie wiem czy jesteś duchem, człowiekiem, ale funkcje myślenia raczej posiadasz. Spójrz, czy to nie jest już ten koniec świata, o którym mówiłeś?
Cześć.
czwartek, 25 kwietnia 2013
List.
Droga siostrzyczko.
Cześć, Kruszynko. Jest późno, a ja nie potrafię zasnąć, choć
jestem cholernie zmęczony. Od dłuższego czasu moje oczy zamykają się tylko, gdy
już nie potrafią się podnieść z powrotem. Dlatego postanowiłem napisać list,
choć adres jest nieznany, za to odbiorca bliski mi bardziej niż moje ciało. Piszę
do Ciebie, bo tak bardzo brakuję mi Twojej obecności, słów, całego fragmentu
mojego życia, który łączy się z Twoją osobą. Tak dawno nie widziałem Cię w
moich snach, że zaczynam się bać, że już o mnie nie pamiętasz. Wiem, że to
abstrakcja, przecież przysięgaliśmy sobie „razem na zawsze, razem do piekła”, a
Ty nigdy nie zawodzisz. Mimo to chcę przypomnieć o sobie byś tak po prostu
odwiedziła mnie tu, w moim świecie.
Minęło pół roku od ostatniej rozmowy z Tobą. Dla jednych
może to być choroba, dla jednych dar, jedni mogą twierdzić, że oszalałem, inni,
że mam ogromne szczęście. Ale ja cieszę się, że rozmawiam z Tobą w snach, że
mam Cię w ten sposób. To taki substytut. Karmię się nim tak jak często zamiast
ulubionej pizzy zjem kanapkę. Nie jest ona pizzą, ale jednak mam co włożyć do
buzi, dlatego powinienem się z tego cieszyć. W ostatnim śnie mówiłaś, że co by
się nie działo Ty jesteś tam wśród mebli, regałów, pokojów, wśród ludzi, którzy
mnie otaczają i że będziesz zawsze. Powtarzałaś, że coś złego się stanie, coś
co może zrujnować świat, który zaczynałem budować, ale żebym się nie poddawał
wtedy, żebym pokazał swoją siłę, a w chwilach zwątpienia patrzył na Twoje
zdjęcie, zamknął oczy i zobaczył, że przytulasz mnie. Miałaś rację. Mój świat
zniszczyła pewna kobieta, choć ufałem jej ogromnie. Miałaś rację. Czułem, że to
koniec, dusiłem się samym powietrzem, jakby było zatrute. Jakby cały świat był
zatruty jadem, który ja ciągle pochłaniałem, a on powolnie zabijał wszystko we
mnie. Ale pamiętałem o Twoich słowach, o obietnicach, które składałem przed
Tobą patrząc Ci w oczy. Będę walczył, choćbym był bez broni i zbroi przeciwko
uzbrojonej po zęby armii. Nawet jeśli będę sam, a naprzeciwko mnie setki ludzi
chcący mojej porażki. Obiecałem też to Mamie, obiecałem Wam to. Dlatego nie
poddałem się, zniszczyła mnie na piec sekund, kiedy cały świat przymrużył oczy.
Pewnie podniosłem się i zrobiłem kroki do przodu, wyrzucając za siebie zbędne
śmieci związane z Nią. Teraz stoję w tym miejscu i wiem, że jestem dalej. Do
mety daleko, ale chyba jestem przed półmetkiem. Problem w tym, że pełno
ścieżek, dróg i przeszkód mam teraz przed sobą. Nie mam pojęcia, w którą stronę
się udać, w którą stronę skręcić i jak przeskoczyć te ogromne góry, które przeszkadzają
w drodze do marzeń. Chciałbym wybrać dobrze, by znaleźć wiarę i nadzieję,
zerwać je i schować w kieszenie w ogromnej ilości. Chciałbym by to był start,
kolejny start za którym rozbiegnę się ile mam sił. Wiesz, że rzadko o coś
proszę, że wolę radzić sobie sam niż liczyć na kogoś. Ale, wiesz też, że bardzo
liczę się z Twoim zdaniem, dlatego proszę daj mi znak, albo przyjdź w końcu. Powiedz
jak Ty to widzisz, jak widzisz mnie za parę miesięcy. Czy jestem tym kim chciałabyś
bym był? Czy jesteś dumna ze mnie? Czy śmiało powiesz, że jestem Twoim bratem? Jakie
popełniłem błędy, o których na kolejnych etapach mam pamiętać? I w końcu, która
z dróg jest wg Ciebie drogą przeznaczoną właśnie na moje buty? Chyba trudność
tych decyzji mnie przeraża, chyba to nie ten level, nie jestem gotowy, chyba nie
potrafię przejść tego poziomu, boję się, że za chwilę wyskoczy mi GAME OVER
MICHAŁ.. Wiesz, że rzadko się boję. Ale teraz jestem przerażony jak małe
dziecko. O wiele bardziej niż gdy ojciec wracał do domu, niż gdy słyszałem jego
kroki na schodach. Chyba nawet wtedy się nie bałem, wiesz? Tzn. myślę, że bałem
się nie tyle o siebie, ale o Ciebie, Mamę i Kubę. Czy wystarczy mu wyżycie się
na mnie, czy będzie szukał u Was wydobycia gniewu, albo rozrywki. Bałem się, że
Mama będzie płakać, a przecież robiliśmy wszystko by tak nie było. I owszem ten
strach mogę porównać z tym teraz. Boję się nie o to, że nie spełnię marzeń czy
że znowu poniosę porażkę, ale o to, że zawiodę Was. Że cała wiara jaką we mnie
pokładacie okaże się zmarnowana na kogoś kto na to nie zasłużył. Boję się, że
ojciec miał rację – jestem nikim, który nic nie osiągnie. Zerem, którego
miejsce jest gdzieś na dnie. Boję się, że Wy to zobaczycie, że będziecie
patrzeć na mnie jego oczami. To by mnie zabiło, zniszczyło. To była by moja
śmierć, nic innego mnie nie zabije, nawet biała kobieta z kosą. Dlatego jeśli
tylko możesz i chcesz proszę przyjdź i przedstaw mi każdą swoją myśl, bym mógł
rozciąć ją jak zmarłego człowieka i odczytać każdy fragment, by dowiedzieć się
wszystkiego, przeanalizować każdy nerw. Zrobić sekcje każdemu z wyrazów, by
dotrzeć do każdego z wniosków. I jeszcze jedna sprawa. Malutka, straciłem swoją
radość i uśmiech gdzieś między codziennością. Nie wiem kiedy nawet. Widzę, że
nie jestem już tym kim byłem, moja energia, cały pozytyw kryjący się pod moją
skórą gdzieś wyparował jak woda. Czuję się jakoś szaro, jakby ktoś kreślił
teraz mnie ołówkiem. Jestem jakiś niepewny, zagubiony, może jestem tylko
szkicem? Brakuję mi kolorów, jakieś euforii, emocji, wzburzeń. Chciałbym żebyś
usiadła obok, wzięła pędzel i pomalowała mnie, tak jak robiłaś to kiedyś, gdy
tu byłaś. Chciałbym przenieść radość z naszych wspólnych zdjęć do
teraźniejszości. Przyjdź, uśmiechnij się i daj mi chwilę bym zapamiętał to na
dłużej, bym zapamiętał jak się uśmiechać, jak się to robi. Chcę znowu żyć
dokumentując każdy dzień choć najmniejszym uniesieniem kącików ust. Coś we mnie
jest, coś co mnie zjada, pożera i wprowadza ciemność, ale jeszcze nie wiem co. Jeszcze
nie dotarłem do tego. Uczucie, że popełniam błąd mnie przygniata wraz z bezradnością,
bo nie wiem co nim jest. Naprawdę błagam, posiedź ze mną, ja będę czekał, jutro
i pojutrze i po prostu zawsze, czy to w kuchni czy w salonie, ja będę czekał z
dłońmi chcącymi mocno chwycić Cię i już nie wypuścić. Wierzę, że mnie słuchasz,
wierzę, że się pojawisz, że przyjdziesz. Wierzę, że żyjesz, bo mam Cię w sercu
i nie tylko ja. Mam wspomnienia i chwilę, one wciąż trwają, ich seans we mnie
jest całodobowy aż do wyczerpania się moich organów. Nigdy w to nie zwątpię,
choć brak mi Twojego ciepła i zapachu unoszącego się w naszym domu. Brak mi
ciągle zajętej łazienki, ubrudzonego lusterka błyszczykiem przez napis: wzięłam
Twoją bluzę, nie gniewaj się, buziaczek. Brak mi kłótni o ostatni kawałek pizzy
i jaki film oglądamy. Brak mi wszystkiego, bo brak mi każdej cząstki Ciebie.
Ale przecież mam tu misję jak rycerz. Jestem nim, dla Mamy. Zdobędę odznaczenia
i wrócę do Was zmęczony ciężką podróżą. Czekam na Twoją wizytę w krainie mojego
mózgu, a Wy czekajcie na mnie w krainie wieczności.
To pierwszy list do Ciebie, ale pewnie nie ostatni. Jest
noc, jutro kolejny dzień. Kończę, zamykam oczy i czekam. Buziaczek.
Twój Michał
środa, 10 kwietnia 2013
Ciężar myśli mnie przygniata, wolno zapadam się w łóżko
Cześć.
Mamy po kilkanaście lat. Z roku na rok robimy się starsi, dostajemy zmarszczek, ran i blizn. Tracimy więcej łez i uczymy się mocniej ranić. Tracimy uśmiech, zaufanie, a nawet przyjaciół. Ale jest jedna osoba, która zawsze jest i nawet na krok nas nie odstępuję - śmierć. Chyba każdy o niej choć raz myślał, nawet jak był mały. Bo w końcu kto zabiera do nieba sąsiadkę i ciocię co dawała najfajniejsze prezenty pod choinkę? Potem zaczęło to bardziej boleć i bardziej dochodzić. Odszedł sąsiad, wujek, dziadek, kolega taty, a potem mama koleżanki mamy, nauczycielka, babcia przyjaciółki, Twoja babcia. Z tyloma osobami zatańczyła piękny taniec, że przestałeś już zwracać na to uwagę. Zobojętniłeś się na cudzą śmierć, a śmierć w rodzinie też nie zawsze poruszy jakoś Twoje gałki oczne by wyprodukowały słone łzy. Idziesz na pogrzeb z przymusu i tylko patrzysz jak kolejna osoba zostaję zamknięta wśród drewnianych obić już na zawsze. Jak jej dusza właśnie gdzieś gdzie nie widzimy jest rozszarpywana i zabierana z siłą z zimnych naskórków. Ale, gdy wracasz pewnego dnia ze szkoły, treningu, wchodzisz do domu. Widzisz, że jest coś nie tak i nagle padają słowa, które jak granaty burzą cały świat, w którym żyłeś. Oznajmiają Ci, że nie żyję najbliższa Ci osoba; mama, tata, babcia, dziadek, siostra, brat. Ktokolwiek. Ktoś kto miał najpiękniejszy apartament w Twoim sercu. Czujesz jak rozrywają Cię szpony, świat stracił grunt i stał się ruchomym piaskiem pochłaniając Cię. Spadasz, ale nawet nie myślisz o tym by wyciągać dłonie, szukać lin, rąk czegokolwiek. Przestajesz oddychać, klatka piersiowa się zapada i uciska Ci serce, miażdży je jak walec. Chcesz biec do tej osoby, zabrać Ją od tej przepięknej i zimnej kobiety, ale nawet nie masz sił. Jesteś bezsilny. Siadasz i nie funkcjonujesz. Po prostu patrzysz gdzieś, ale nie wiesz gdzie. Myślisz o czymś, ale nie wiesz o czym. Niby jesteś, ale Cię nie ma. Faszerują Cię zbędną chemią, która ma niby Cię uspokoić, a tylko i wyłącznie zamyka Cię bardziej w sobie, zamyka łzy, żal, ból. Każdy organ przepełnia się nimi w każdej nici. Nie widzisz łóżka, szafy, okna, koloru firanek. Oczy masz zamazane mgłą łez i wspomnieniami. Twoja rzeczywistość to otwarta skrzynka najlepszych chwil z Gwiazdą, która jest już na niebie. I pogrzeb już nie jest jednym z kolejnych pogrzebów. To już nie jest zwykły trzask drewna przy zamykaniu trumny. To trzask łamanych serc, cierpiących przez utratę kawałka swojego świata. To trzask Twojego serca. Kolejny z kolejnych. Składanie dębowych desek to już nie tylko koniec mszy, złożenie kwiatów i spokojne udanie się do swojego świata, a ostatnie pożegnanie z dawnym światem. Pożegnanie z sercem, z duszą, ze sobą, samym sobą. Bo już nic nie będzie tak jak było, ani Ty, ani świat, ani Twoja dusza. Stracisz żar w oczach, serce zwolni, dusza osłabnie, a świat ugnie się bez jednego z fundamentów, a może nawet całkowicie zawali. Zaczniesz błądzić po gruzach i bałaganie ówczesnego świata nie mając sił budować nowego. Nie będziesz chciał jeść, pić, spać. Wszystko stanie Ci się obojętne. Zapomnisz o tym, że miałeś plany, zapomnisz jak to jest kiedy jest dobrze, kiedy jest ok. Kiedy nic nie boli i nie czujesz się jak śmieć wyrzucony gdzieś na wysypisko by wyniszczyć się tam do końca. Będą mijały dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata. Czas będzie uciekał jak najszybciej potrafi, a Ty staniesz sercem właśnie w tym miejscu. Ale nie będzie to jedyne miejsce. Twoje serce z żalu dostanie zapaści jeszcze niejeden raz. Będzie jak zepsuty zegarek nie wyliczający kolejnych lat, wskazujący wciąż tą samą godzinę, choć dalej piękny. Aż w końcu otwierając ciężkie powieki ujrzysz długowłosą kobietę. Uśmiechnie się do Ciebie najpiękniejszym z uśmiechów i ujmie Twoją dłoń zapraszając Cię do tańca. Zabierze Cię do najpiękniejszych krain przy najpiękniejszych melodiach, by odwrócić Twoją uwagę i gdy zapomnisz o wszystkim, Ona skręci Ci kark siłą zabierając Cię w dal. Posadzi Cię wśród gwiazd i karze patrzeć jak znajdują zimną postać w białej pościeli. Będziesz widzieć jak mdleją, wiją się, kurczą, uginają, płaczą, krzyczą, klękają - cierpią. Nie zapomnisz nigdy tego widoku. Będzie on Twoim wiecznym koszmarem. Będziesz jak wątroba Prometeusza. Każdego dnia będziesz pożerana by znowu odrodzić się. A próbując walczyć z tym to jak wtoczyć Syzyfową skałę - niemożliwe. Więc jak poradzić sobie z Nią? Jak radzić sobie ze śmiercią? Czy ktokolwiek to wie? Wszyscy umrzemy, dziś, jutro, za kilka lat.
poniedziałek, 25 marca 2013
Ponad gwiazdami.
Cześć.
Jest zimno, palce z lekka zesztywniały mi, ale postaram się je rozgrzać, tańcząc nimi na klawiaturze, by przekazać Wam kolejną porcję swoich beznadziejnych myśli. Ale dziś, dziś te myśli zawierają zbyt cudowną osobę, by móc nazwać te myśli katastrofalnie popieprzonymi. Jest kolejna z nocy kiedy marznę nie śpiąc i kolejna z nocy kiedy już Cię tu nie ma. Ile było takich nocy? Tysiące. Ale każda z nich jest inna. Bo czas wciąż rozmywa kolejne wspomnienia o Tobie zapisując na ich miejsce jakieś sytuacje, które powracają wciąż i wciąż kują. Czas zabrał mi Ciebie, ale nie pokonał Nas. Czas próbuje wymazać Cię z pamięci, ale nie potrafi z serca. Chciałbym zawsze pamiętać barwę Twojego głosu, gdy jesteś uśmiechnięta i zapominać jedynie głos zalany łzami i żalem. Chciałbym pamiętać wyraz Twoich oczu, gdy cieszyłaś się, że jesteś tu, na zimnej glebie, między niebem, a piekłem, a nie krystaliczną słoną ciecz tańczącą gdzieś na końcach Twoich rzęs. Chciałbym pamiętać Twój dotyk, dotyk przepełniony miłością, a nie strachem. Chciałbym zawsze pamiętać Cię taką jaką chciałem Cię widywać - szczęśliwą. Chciałbym by moja pamięć nie była zdjęciem, które wystawione na deszcze, Słońce i próby czasu zwyczajnie się niszczy. Dlatego często myślę o Tobie, wspominam Cię i mam Cię w sercu, głęboko tam jest kwiat, najpiękniejsza Lilia, którą chowam dla Ciebie, to miłość, która jest przejrzysta i czysta jak woda. Mamo, często mówię do Ciebie. Często patrzę w niebo i próbuję odgadnąć za którą chmurą się chowasz, albo w gwiazdy i szukam tej, która byłaby tak lśniąca jak Ty. Czasem układam czy to z chmur, czy z gwiazd różne obrazki i myślę, że może chcesz mi coś przekazać przez to. Może to śmieszne, może dziecinne. Nie zwracam uwagi na to, próbuję tylko dojrzeć Cię w swoim codziennym życiu, próbuję tylko szukać kontaktu z Tobą, znaku od Ciebie, że jesteś i patrzysz wciąż, bo w to, że kochasz nie zwątpię nigdy. Wiem, że z każdym krokiem, który często bywa tak ciężki jakbym dopiero uczył się chodzić, stoisz obok. Patrzysz i asekurujesz mnie bym nie upadł, bym nie zrobił sobie krzywdy. A, gdy Twój refleks zawiedzie z żalem biegniesz po apteczkę i chcesz osuszyć łzy bólu. Wiem, że tak jest, choć nie ma Cię. Wiem, czuję to, po prostu, czuję Cię obok każdego dnia. Czasem gdy zamykam oczy przenoszę Cię z tamtych czasów do teraźniejszości. Staram się zobaczyć Ciebie w kuchni piekącą ciasteczka ciągle nucącą coś pod nosem, roześmianą, uśmiechniętą - Najcudowniejszą Mamę pod Słońcem. Próbuję grać zmysłami i usłyszeć jak wołasz Nas czy Ci nie pomożemy; widzę Naszą Czwórkę jako wzór silnej i gotowej oddać za siebie wszystko, rodziny. Ale rzeczywistość w końcu wraca. Kuchnia jest pusta. Pokoje też. A Wy jesteście jedynie na fotografiach wieńczących całe mieszkanie. Podobno rany się goją, a moje dopadł chyba jakiś wirus, bakteria, która ciągle je rozdrapuje. Nie potrafię zagoić rany, zaszyć Jej i tylko czasem wspominać jak to się stało, że ona jest. Bo nie potrafię pogodzić się z myślą, że Was nie ma, że czemu akurat ja zostałem, a nie Wy? Rana za każdym razem powiększa się i bardziej boli. Czasem myślę, że pożre mnie jak wściekły niedźwiedź, a ja nawet nie będę się bronił. Zamknę oczy i poczekam aż to się stanie. Jest mi ciężko, bardzo. Kiedy ma się przy sobie ideały z marzeń tracąc je tracimy wszelkie fundamenty, koncepcje i często zapominamy cieszyć się z małych rzeczy. Bo wiedzieliśmy, czuliśmy jak to jest kiedy mamy wszystko tak jak chcemy, takie jak chcemy, wszystko to czego potrzebowaliśmy. Ta pustka jest jak rak, szybko się rozprzestrzenia i w równie wszystkim tempie zabija. I często, gdy idę na spacer, a bit równo wybrzmiewa mi w uszach obserwuję ludzi. Tak często widzę szczęśliwe pary prowadzące dziecko za rękę. Mijając plac zabaw i zatroskane matki, które na każdym kroku pilnują swojego małego skarba. Obserwuję mnóstwo zachowań ludzi. I tak często im zazdroszczę. Nie, nie patrzę na markę butów, bluz, czapek, które mają na sobie, ale na ludzi wkoło nich, na więzy jakie ich łączą. Tak ciężko w naszych czasach doceniać rodzinę. Ludzie traktują to jak coś oczywistego. Ale co będzie jak nagle znikną? Życie jest gorzej kruche od herbatników czy ciastek owsianych. Możesz przymknąć powieki, a otwierając je dowiedzieć się, że Twoja matka nie żyje. Kiedy powiedziałaś/łeś Jej, że Ją kochasz? Dawno, prawda? A kto zmieniał Ci pieluchy, uczył mówić, chodzić? Kto Ci pomógł być człowiekiem? Kto oddał Ci całego siebie? Zapominamy o tym ile Oni - rodzice, rodzeństwo dla nas znaczą, póki nie stracimy ich bezpowrotnie. Bo jeśli wzbiją się ponad gwiazdy już nigdy nie spadną na Ziemię. Wracając do Ciebie, Mamo. Wiesz, że tęsknię, to oczywista rzecz i każdy dzień powiększa ochotę skoczenia w tamten świat, jak w nieznaną rzekę. Ale wiesz również, że kocham Cię i nigdy nikogo tak nie pokocham, taką miłością, chyba, że własne dzieci. Dlatego liczy się dla mnie Twoje szczęście, Twój uśmiech. Przychodząc do Ciebie, w tamten wymiar. Wiem, że zraniłbym Cię jak nigdy. Dlatego jestem tu jak gladiator, gotowy na najgorsze walki, byle byś po tym jak polegnę, gdy przeciwnik zwany życiem stanie się silniejszy, przywitała mnie z uśmiechem, bez żalu. Jestem tu, mam cele i plany, mam misję i nie poddam się nigdy. Jestem tu i będę choćbym krzyczał wniebogłosy z bólu i zwijał się nie mogąc go przezwyciężyć. Przysięgam Ci, że każdy dzień będzie kolejnym występem na arenie, arenie rzeczywistości, z którą będę walczył choćbym stracił wszystko. Kocham Cię, tęsknię i czekaj na mnie nie tracąc choć na chwilę uśmiechu. Wybaczaj błędy i bądź, wciąż bądź. A ja, ja złożę bukiet najpiękniejszych kwiatów na zimnym obsypanym śniegiem marmurze, który przypomina Twoją bladą i zimną skórę. Śpij królowo, Twoja misja się skończyła - wychowałaś rycerza.
niedziela, 17 marca 2013
Życie okazało się zdzirą co przyprawia o depresję.
No cześć.
Czy mieliście taki moment w życiu, że doszliście do jakiegoś skrzyżowania i nie wiedzieliście, w którą z dróg skręcić? Bo ja właśnie po raz kolejny stoję na rozdrożu i rozglądam się, ale nie wiem gdzie iść. Na mapie ten odcinek został pominięty, jakby ktoś zapomniał, że istnieje taka ścieżka. Każda z dróg ma swoje wady i zalety. Każdej horyzonty wyglądają inaczej. Ale strach i niepewność jednak mimo wszystko paraliżują do takiego stopnia, że nie ruszam się, a wręcz cofam. Chcę uciekać jak małe przestraszone dziecko, bo nie lubię ciężkich decyzji. Nie chciałem dorastać, nikt mnie nie spytał o to czy jestem gotowy, dlatego nie mówi mi, że nie mogę się bać takich decyzji i że nie mogę omijać tych dróg. Nie dawaj mi rad kiedy sam wiesz, że cieszysz się w duchu, że nie jesteś na moim miejscu. Tacy jesteśmy. Współczujemy jednocześnie ciesząc się, że to nie nas spotkało. Patrzymy, czasem nawet pomagamy, ale modląc się do kogokolwiek, Boga, kogoś zmarłego, aby nam się to nie przytrafiło. Ale, gdy stoimy w tym miejscu i nie możemy uciec, bo nie ma innej drogi. Nie możemy zawrócić. To tak jak w grach samochodowych, jeśli jedziesz w złą stronę na czerwono dostajemy sygnał, że trzeba obrać inny kierunek. Patrzysz na drogę, której obraz tam daleko jest piękny, ale ulica, która do niego prowadzi jest poniszczona, pełna przeszkód i tylko nieliczni przedrą się przez nią. Jest trudna, ale do zdobycia. Skreślana przez trudy przebrnięcia i odrzucana dla łatwiejszej opcji. Kolejna uliczka jest wąska, ale prosta, bez żadnych uszczerbków. Wokół rosną piękne kwiaty, słychać ptaków śpiew i roznosi się zapach, który kusi by iść. Ale, gdy spoglądamy coraz dalej i dalej, droga zaczyna się rozwidlać, a każda z pobocznych ścieżek szybko się kończy. A obraz jaki widzimy jest rozmyty, szary i oblany smogiem jak ciastka czekoladą. Wielu rzuca się w nią nie rozglądając się na dwie kolejne. Jest przecież prosta, a wszystko ma barwy. Nie jest szara i na pewno jest tą naszą wymarzoną tęczą. Nie patrzymy w przód. Nie analizujemy czy to tylko złudzenie, a biegniemy ciesząc się chwilowym szczęściem. Nic bardziej złudnego. To piękno to fatamorgana, która ucieka przed nami wraz z naszym krokiem do przodu.. W końcu ucieka, my nie mamy sił by ją dłużej gonić, gubimy ją i jesteśmy w czerni. Gubimy się ciągle, skręcamy w złe ścieżki, ciągle szukając tych barw. Albo próbujemy zawracać, ale błądzimy wkoło. Często stąd nie wracamy, często to czerń staję się naszym kolorem, a przecież mieliśmy być dzieckiem tęczy. Ostatnia ścieżka jest trochę poniszczona. Ma trochę dziur, ale jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do lekkich podbić nie będzie to nam za bardzo przeszkadzać. Horyzont, który maluje się przed nami nie jest dziełem najwybitniejszych malarzy, ale też nie malowało go trzyletnie dziecko. To początki artysty, który kiedyś może osiągnąć sukces, albo sprzedawać swoje dzieła na ulicy. Krajobraz wokół nie zapiera oddechu, nie blokuje przepływu tlenu, ale też nie przeraża, jest spokojny i monotonny. Stoję tu, w tym miejscu. I oceniam siebie. Swoje siły, możliwości i predyspozycje. Patrzę jakim jestem człowiekiem. Czy na tyle odważnym i silnym by ruszyć w drogę krętą, ciemną, zawiłą, ale kończącą się miastem szczęścia zbudowanym z moich marzeń? Czy wolę rzucić się w pogoń za łatwym życiem, nie zważając na nic, ważne by teraz, w tym momencie było dobrze? Czy jestem tak leniwy? Czy nie mam ani trochę ambicji? A może wolę tryb spokojnego człowieka? Człowieka, który kroczy powoli przez ten świat, jak maszyna, robi to co musi? Czy dam radę udawać całe życie? Czy wejdę w metalowy strój robota i już zapomnę na zawsze jak to jest być człowiekiem? Czy będę stalową duszą, przerażająco zimną i odpychającą przez swój chłód? A co jeśli żadna z tych dróg nie jest właściwą, bo wcześniejsze moje wybory były złe? Przecież nie wrzucę wstecznego, nie cofnę czasu, nie zabawię się w świrniętego wynalazce, który rzuci wszystko i zacznie konstruować wehikuł czasu. Może powinienem zachować się tak jak dziecko, to dziecko, które mam w sobie i które skuliło się, bo się boi. Zamknąć oczy i pobiec na ślepo wprzód. I choćbym przewracał się, potykał, czuł coraz większe przerażenie nie otworzę oczu póki nie zabraknie mi sił by biec. Może, gdy oddam swoje sprawy w ręce losu będzie to dobrą decyzją? Ale jeśli jednak nie. Jeśli to będzie błąd, błąd, który zniszczy mi życie, albo jakiś etap w nim. Czy będę miał prawo narzekać? Przecież sam powierzyłem podjęcie decyzji właśnie jemu. Powinienem być dorosły. Kurwa, dorosły. Pojebane słowo. Bo dorosły to człowiek, który wszystkie wie, nic nie czuje, pracuje mechanicznie, zapomniał kim był zanim włożyli go w ten strój, stał się maszyną z żalem w oku, który czasem wypływa. Musze być taki. Muszę podejmować decyzję i chować w sobie to, że właśnie coś mnie zabolało. Bo to działa jak krew na rekiny. Ludzie spływają wokół i pożerają kawałek po kawałku. Muszę działać mechanicznie i nie pozwolić by nawet na chwilę przedarło się serce do steru. To rozbiło by idealny statek. Serce uczyniłoby tragedię równą rozbiciu się Titanica. Może również z łzawą historią miłosną. Bo może kochało, kocha i dlatego rwie się do walki o władzę. A może jest po prostu szalone, nieokiełznane i nie chce spokojnego nurtu, chce krążyć wśród niebezpiecznych wysp, sztormów i wysokich fal.
Siedzę, a moje zmarznięte palce tańczą po klawiaturze przy hip-hopie białego walca. Gardło ścisnęło się jakby ktoś zacisnął na nim sznurem i coraz mocniej ciągnął. W głowie mam nielegalne wysypisko śmieci do którego wszyscy przywożą wszystko co im nie potrzebne. Sterty plączących się niepotrzebnych rzeczy hamuje cały organizm, przytłacza go i sprawia, że łapię oddech jakby każdy był ostatnim, jakby ktoś zabrał mi dopływ tlenu do organizmu, albo jakbym pierwszy raz to robił. Zaciągam się nim jak pierwszym papierosem, duszę i krztuszę. I tak za każdym razem. To wszystko miało być prostsze. Miał być Superman, który uratuję świat i nikt nie będzie płakał. Miała być tęcza i krasnale. Miał być święty Mikołaj i Królewna Śnieżka. Mieliśmy żyć w bajce, a nie w horrorze. A czuję się jak dziecko, któremu zapomniano zasłonić oczy przed strasznym momentem w filmie, albo jak dziecko, które obudziło się i w drodze do rodziców napotkało włączony telewizor z najgorszym z horrorów. Tak bardzo nie wiem nic, nie wiem, nie wiem, nie wiem, nie wiem, mógłbym pisać tego tysiące, ja po prostu NIE WIEM i tak cholernie coraz bardziej ogarnia mnie strach, lęk, przerażenie. Boję się, kurwa, boję. Potrzebuję tylko ramienia, które będzie zbudowane z bezpieczeństwa i będzie choć trochę pachnieć jak lato z dzieciństwa.
niedziela, 10 marca 2013
Kiedy wypuszczam z papierosa dym..
Siemano.
Za oknem namiastka Syberii, którą mam w sobie. Nie wiem czy to przez brak Słońca, ale zamarzam każdego dnia bardziej. Czy lód może być bardziej lodowy? Chyba łamię jakieś prawa fizyki. Jestem zimnym człowiekiem z tętniącym sercem, pracującym mózgiem i zdrowymi kończynami. Ale pogrzebałem swoją duszę. Gdzieś pomiędzy tęsknię, a kolejną nocą. Nie odwiedzam jej, nie przynoszę jej kwiatów, nie potrafię wrócić do tam, bo wiem, że straciłem wtedy siebie, swój kręgosłup moralny, swoje ja, fundamenty, które mnie tworzyły. Miałem być filarem, który nie runie, a okazało się, że jestem zbudowany z kart, które jeden podmuch wiatru rozproszył na wszystkie strony. Jak mam odnaleźć każdą część siebie skoro, każdą z nich mają osoby, które wzięły i tak po prostu wyrzuciły mnie z życia. Tak jak papierek po zjedzonym ulubionym batonie, jak stare, niepotrzebne już rzeczy. Dotykam swoją dłonią torsu i jest zimny, tak jakbym nawet cieleśnie zamarzał. Jakby krew wsiąkała gdzieś w głąb i zanikała, lub może też zamarzła. Stoi w miejscu i nie może przepłynąć i dlatego nie mogę wstać, nie mogę biec, nie mogę się ruszyć z miejsca. I stoję ciągle tu i nic, ciągle nic nie wiem. Jestem na zakręcie bez żadnych drogowskazów, bez dłoni,która byłaby najlepszym z ratunków. Nie mam bezpiecznej przystani wśród włosów i obojczyka osoby, która wzięła najpiękniejszą część tej duszy, mnie, całego mnie. Część, o którą najbardziej dbałem i byłem najbardziej przywiązany. Milczę, a na ustach mam miliony słów. Zaciskam zęby i powieki by nie patrzeć jak nisko upadłem. Szukam dłońmi jakieś twardej rzeczy, ale nic nie ma ja spadam wciąż, choć mogłoby się wydawać, że niżej nie można. Gdzie ten wesoły dzieciak,który tak cieszył się życiem? Grzebię w pamięci, przerzucając na boki wszystkie śmieci; wspomnienia, plany, marzenia, wszystkie sytuacje, które wbiły nóż czy to w plecy czy serce. Na samym końcu tego bałaganu siedzi mały chłopiec. Ma podkulone kolana, jest zapłakany, smutny i sam. Ktoś zabrał mu skrzydła i siedzi tu na dnie mojego umysłu. Boi się wszystkiego i ma ochotę uciekać, ale jest mały i potrzebuję kogoś kto by go poprowadził. Chciałbym mu pomóc, wyciągnąć rękę, ale choć jestem parę lat starszy mam takie same obawy. Tak samo się czuję. Nic się nie zmieniło przez te wszystkie lata. Jedynie parę znamion przybyło, ale to przecież normalne, podobno. Patrzę na zasypane ulice. I wyobrażam sobie, że właśnie po moich żebrach, które przykryte są śniegiem ucieka życie, przewraca się na zlodowaciałym zakręcie między jednym żebrem, a drugim i szybko przebiega na wątrobę. Chowa głęboko ręce do kieszeni, bo marzną mu od zamarzniętych ścian mojej skóry. Pragnie uciec do ciepła, tak jak Ci ludzie na ulicy. Wypuszczam dym z ust, a on na wietrze rozmywa się powoli. Tak jest z ludźmi, wychodzimy zewnątrz drugiego człowieka na świat, który powoli rozszarpuję nas na kawałki i rozmywamy się na końcu umierając wśród setki tysięcy innych ludzi. Każdy z nas jest taki sam. Szary i trujący. Różnimy się marką, czy to Malboro, LM, a może z przemytu ruskie, zwykłe cholernie trujące papierosy. Różnią nas usta wydmuchujące nas na powierzchnię ziemi, w jakim celu i w jaki sposób. Papieros wygasa tak jak wygasa życie w naszych sercach. Wszędzie rozsypuje się popiół, ale nie ma szans by jakikolwiek feniks się w nim odrodził. Pozbywamy się tego, wyrzucamy peta i popiół. Tak jak wyrzucamy serce, kiedy tak bardzo boli. Ale w końcu wyjmujemy kolejnego szluga i kolejny raz rodzimy w sobie uczucia. Kolejny raz pozwalamy, by kręciło się nam w głowach, wariował żołądek i by ktoś uzupełniał swoje dziury naszymi częściami. Dajemy mu wszystko co tylko zapragnie, płuca, serce, żołądek. Pożycza i nie oddaje już nigdy. A my znowu jesteśmy puści i smutni. Zagubieni, mali, słabi, krążymy, ale przez brak celu i sensu, wariujemy, ale z tęsknoty. Siadam na łóżku i ucieka mi z ust: kurwa mać. Nie wiem gdzie jesteś, o czym myślisz i co robisz. Nie wiem jak wyglądasz i czy się uśmiechasz, ale chyba chciałbym byś tu była i dała się zatracić gdzieś pomiędzy Twoimi włosami, a dziesiątym, zatracającym całego mnie pocałunkiem Twoich dwóch płatków najpiękniejszych róż. Nienawidzę siebie, nienawidzę siebie, że mam ten pierdolony zespół DCKW, do cholery, kurwa wróć.
piątek, 8 marca 2013
Oszaleję.
Siemson.
Mamy dziś dzień kobiet. Kobiet, a nie szmat, które nie szanują siebie i swoich słów. Szmat, których zwyczajnie nie da się szanować i uważać za kobiety, by nie skażać tak pięknej części ludzkości jak kobiety. Z tej okazji każdej kobiecie, która na pewno jest piękna, choćby miała tylko zajebiste płuco, a nie widziała w swoich oczach, że czaruje nimi, to i tak niech pamięta, że jest piękna. Mnóstwo radości, ponieważ w naszym świecie panuję szarość połączona ze smutkiem i bardzo nam brak tych uśmiechów codziennych. Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, bo to naprawdę cholernie przydatna rzecz. Żeby wszystko szło w cycki, to najważniejsze. Nieudawanych orgazmów i faceta tak zajebistego jak ja. Beka. Faceta, który oddałby za Was nawet swojego członka, gdyby było trzeba, choć jest jego wyznacznikiem męskości, o!
Buźka, piękne.
Dziś za dużo nie napiszę. Mam burdel w głowie taki, że choćbym chciał nie potrafię tego uporządkować. Wszystko wypierdoliło się do góry nogami i ironicznie się śmieję ze mnie, ze nie ogarniam zwyczajnie, nie ogarniam świata. Mam ochotę jebnąć w pizdu wszystko, wziąć wyrzucić do kosza, trzasnąć drzwiami i wyjebać w kosmos. Ludzie to pojeby, zastanawiam się gdzie zgubili mózgi? Albo po prostu ich nie mieli. Może powinni nazwać jakoś tą chorobę, to tak jak wada serca, albo wrodzona, albo nabyta. Albo rodzisz się bez mózgu i jesteś debilem od urodzenia, albo z wiekiem robi się z Ciebie popierdoleniec. Nie wiem, ale niech kurwa zaczną to leczyć, bo ja tu pierdolnę. Really.
a na koniec obiecany Harlem Shake. :D
środa, 6 marca 2013
Ty, otwórz oczy bo nie ma czasu na sen
Joł.
Na jakiej podstawię Bóg wybiera ludzi, którzy odchodzą z tego świata zgaszeni jak świeczki jednym dmuchnięciem silniejszego wiatru. Czy jest to zwykłe losowanie jakiegoś psychopaty pstryk i nagle serce staję się zimnym kamieniem, a po chłodnych policzkach lecą gorące łzy? Czy naprawdę istnieje plan pisany nam, według którego działamy i istniejemy? Czemu inni mają szanse dożyć nawet stu lat, a inni umierają nie rodząc się? Czemu znowu dotykam lodowatej dłoni złożonej na drugiej człowieka leżącego w trumnie, który nie dożył nawet trzydziestu lat? Czy ktoś kto tym kieruję patrzy na nas, ale nie przez pryzmat tłumu, a jako indywidualną jednostkę? Czy patrzy na to, że jestem dziewiętnastoletnim Michałem, który walczy o marzenia, czy kwalifikuje mnie do młodzieży, mężczyzn, Michałów świata. Mówią, że wszystko co oddajemy do nas wraca. Jeśli tak to zastanawia mnie fakt, iż moja mama zmarła w bólu, nie tracąc nawet na chwilę nadziei, że Bóg istnieje, a ludzie są dobrzy. Miała zaledwie trzydzieści parę lat, a osiągnęła i zrobiła wszystko by stać się wzorem dla takiego zwykłego człowieka jak ja. Przeszło ogromne piekło jakim jest patologiczny mąż, razem to przeszliśmy. Jednocześnie pomagała każdemu, jej dłoń nigdy nie opadała, bo wychodziła z założenia, że nie ma ludzi złych i każdy jest bratem, bądź siostrą. Często cierpiała przez swoją dobroć i zostawała spoliczkowana czy to fizycznie przez ojca czy psychicznie przez słowa niewdzięcznych skurwieli. Miała wrażliwe serce, które oddawała każdemu, nawet nieznajomym osobą mijanym na ulicy. W zamian zachorowała na raka, cierpiała bardzo i najgorsze, że chowała to w sobie. Zawsze cierpiała w samotności. Była skałą, której nie dało się skruszyć, nawet, gdy śmierć po Nią przyszła miała uśmiech na ustach. Musiała zostawić nas i wiem, że to Ją najwięcej kosztowało i najbardziej bolało. Była idealną, wzorową matką. I nikt nigdy nie zajmie jej miejsca w moim sercu. To miejsce będzie zawsze żywe, nigdy nie umrze. To najpiękniejsza część mojego serca. Śmierć jest normalna. Głupie stwierdzenie, bo przecież, gdy dotyka nas poprzez wyrwania części nas i zabrania siłą kogoś w ostatni taniec cierpimy, krzyczymy, błagamy, dygoczemy, rwiemy się, spalamy, kruszymy, gubimy, płaczemy, umieramy, pękamy. Ale śmierć jest normalna. Tak jak normalne jest Słońce w dzień, a Księżyc w nocy. Każdego dnia umiera, ginie, morduje się tysiące ludzi. Jutro zginą kolejne tysiące i mogę to być ja, możesz to być Ty. Nie wiesz tego. Nie masz też pewności czy to nie będzie ktoś z kim rozmawiałeś pięć minut temu. Wiesz, miałem ziomka, zbiliśmy pjontke, powiedział, że wszystko u niego na lajcie i lepiej być nie może, poznał kobietę, twierdził, że Anioł, że lepszej nie ma. Pożegnał się i wyszedł. Popierdoleniec rozbił jego szczęście na szybie swojego samochodu. Byłem ostatnią osobą, która poczuła ciepło Jego dłoni, później każdy trzymał, całował już zimną dłoń. Czasem boję się zamknąć powieki, bo myślę, że mogę ostatni raz to zrobić. Mimo wszystko boję się śmierci, ale nie względu na ból, a ze względu na ludzi, których kocham, którzy są mną, moim sercem, żebrem;jednym, trzecim i piątym. Mną, moim kręgosłupem i barkami, którymi nosimy ciężary zrzucane znienacka i przygniatające z ogromną siłą do ziemi. Boję się o nich. Bo wiem, że znaczę dla nich tyle ile oni dla mnie. Wiem, że wraz zamknięciem mojej trumny oni spłonęli by żywcem z bólu. Nie mógłbym spokojnie patrzeć na to jak osoby, które wyciągały mnie z całych sił z najgorszego gówna ledwo oddychają, bo ból zacisnął im pętle na szyi. Boję się o moją rodzinę, bo bardzo dużo już przeszliśmy. Funkcjonujemy w kawałkach ledwo sklejonych, ale razem jakoś jeszcze brniemy na przód nie rozpadając się. Ale jeśli kolejna osoba skruszy się w popiół, ta układanka również runie i pytanie czy złoży się na nowo? Nie wiem tego i nie chcę wiedzieć. Pomimo wszystko ciekawi mnie świat za ścianą powiek. Co jest potem? Czerń i nicość? Czy będę pełzającym robakiem, którego zgniecie mnie jakiś dzieciak? A może będę duchem w postaci wiatru obmierzający cały świat. Czy istnieje piekło i niebo? A może piekło i niebo jest już tu? Niebem można nazwać chwilę, gdy jesteśmy szczęśliwi by potem spaść na samo dno do piekła, do żywego ognia by tam wycierpieć tyle ile się uśmiechaliśmy, a czasem z ogromną nawiązką by zapamiętać, że uśmiech jest powodem by za chwilę cierpieć. Jestem tylko człowiekiem i nie wiem wielu rzeczy. Jedyne czego pragnę to uśmiech jako znamię na sercach moich bliskich. Jedyne czego chcę to to by mój dotyk był wieczny i zostawił ślad, a oddech wciąż wyczuwalny by wiedzieli, że jestem kiedy moja historia zakończy się. Chcę by ktoś powiedział: popełniał błędy, ale był człowiekiem godnym poznania. Chcę być spadającą gwiazdą, która pozostawia swój ślad. Dobranoc, przywitajcie świt, nie wieczną czerń.
poniedziałek, 4 marca 2013
Znów nie mogę spać, przed oczami mam wizję, wiesz?
Elson.
Jako dziecko marzyłem by mieć duży dom, żeby mama się więcej uśmiechała, tata mnie kochał i żebyśmy mieli psa. Później zacząłem dorastać. A dorastanie jest najgorsze co może człowieka spotkać. Wraz z dojrzewaniem życie staje się wyblakłe jak stare fotografie. Patrzymy wstecz i wszystko jest bardziej barwne, czujemy to o wiele mocniej. I na samą myśl, że nigdy już nie dotkniemy tych chwil, nie wgryziemy się w tą naszą tęczę rodzi smutek i tańczącą na rzęsie łzę, która w końcu skacze jak na bungee i upada z ogromnym hukiem o podłogę. Wraz z dorastaniem każdy cios boli mocniej, a każdy kolejny kop od życia jest coraz mocniejszy. Uczymy się upadać i to najgorsza z lekcji. Bycie na dnie jest piekłem w naszych sercach. To poczucie, że jest się nikim, beznadziejną jednostką, która nie wiadomo po co jeszcze tu jest. Myślimy częściej o śmierci. Często jej pragniemy. To śmieszne, bo mówią, że to nasze najpiękniejsze lata. Tylko dlaczego nasze piękne lata to ciągłe blizny na naszych ciałach? Czemu byliśmy piękni, a dziś jesteśmy brzydką mapą ran? Rzadko myślimy przyszłości, bo się jej boimy. Przecież każde jutro zaczyna się od ogromnej czerni, skąd pewność, że nas nie pochłonie? Nasze serca funkcjonują mocniej i nie chodzi tu o anatomiczne sprawy, a o te metaforyczne. O serce, które jest alegorią wszelakich odczuć. Pojawiają się osoby, przez które nasze serce przyśpiesza pracę, jakby chciało dogonić czas i zatrzymać go by to nigdy się nie kończyło. Wzrasta poziom chemii w naszym ciele, bez żadnych tabletek, a na pewno nie od zaliczenia na dwójkę sprawdzianu z chemii. Ale od pierwszych miłości. Tych najmocniejszych uniesień. Pierwsze równomierne drganie warg z ukochaną osobą. Pierwsze spojrzenia głęboko w oczy i odkrywania w nich przyszłości jaką byśmy chcieli. Nie jest już wtedy czarna. Obiera kolor tęczówek tak uwielbianych przez nas, a prowadzi nas przez nią dłoń, której dotyk jest jak narkotyk. Miłość jest jak narkotyk. Stajemy się ćpunami. Chcemy ją ćpać w największych dawkach. Często robiąc dla niej wszystko, byle ją mieć. Byle zdobyć towar, choć często bywa zwykłym szajsem. I pierwsze pęknięte serce. Wtedy się umiera codziennie. Patrzysz w sufit, a on zamiast mieć swój standardowy kolor zamienia się w odtwarzacz i pokazuję Ci najpiękniejsze chwile. Organizm zaczyna się z Tobą bawić i słyszysz, czujesz tą osobę. Umierasz wciąż umierasz ze słodką śliną na dolnej wardze po tych namiętnych pocałunkach. Ile razy już umierałeś? Nawet nie potrafisz zliczyć. To takie normalne już. Czemu znajome nam bardziej są upadki, stany umierania, łzy i nieprzespane noce, niż nasi bliscy, szczery uśmiech, albo dłoń, która nie ma schowanego noża, by odciąć Twoją? Brakuję nam szczęście, brakuję nam w nas dziecka. Cały świat dookoła oczekuję od nas byśmy byli dorośli, zapomnieli o tym kim jesteśmy, a robili to co nam każą. Staliśmy się dorosłymi dziećmi mającymi wieczny żal do życia i do innych. To z wiekiem narasta, aż w końcu pękamy. Wylewa się z nas to hektolitrami, zazwyczaj za pomocą wymiocin spowodowanych za dużą dawką wódki. Ale pieprzę to. Nie założy mi nikt kajdanek. Marzę o kobiecie, która będzie zwyczajnie wyjątkowa i wyjątkowo zwyczajnie pokocha złamane serce zlepiając je swoimi pocałunkami. Marzę o podróży po najpiękniejszych stolicach świata by później móc powiedzieć, że najpiękniejszą rzeczą jaką widziałem są tęczówki, które kolorują przyszłość. Chciałbym mieć kiedyś dzieci, ale by nigdy nie przestali nimi być. Chciałbym polecieć na Hawaje i przeżyć tam najlepsze wakacje świata. Chcę kochać, chcę marzyć, chcę być sobą. Ale za każdym razem, gdy to mówię dostaję sto kul w sam środek czaszki bym otrząsnął się i powrócił do rzeczywistości. Spojrzał za okno i zobaczył, że przecież to wszystko jest szare. Jestem beznadziejnie nieidealny i nikt w życiu nie pokocha mnie tak jakbym chciał - całą duszą i sercem. Wymuszam uśmiech. Poczekam, usiądę i poczekam na szczęście. Może w końcu przyjdzie. A może znowu umarłem i czas na piekło? Nie wiem. Ale jeśli chcesz, weź nawet najtańsze wino z biedronki. Usiądź obok. Posiedźmy i zróbmy tak by ta beznadziejność była cholernie wyjątkowa.
niedziela, 3 marca 2013
Dlaczego siedzisz do północy, mały?
Hi-five!
Kolejna noc. Kolejna druga w nocy. Kolejna szklanka mleka i kolejna próba nie myślenia o niczym. Mój własny umysł jest dla mnie niebezpieczny. Przetwarza mi obrazy jak najgorsze bakterię, niszczy mnie doszczętnie w szybkim tempie jak rak. Dziwnym trafem serce współgra z mózgiem, choć tak często pierdolą swoje opinie na temat rożnych ludzi i sytuacji. Tym razem idealnie dręczą mnie. Sprawia im to radość, bo z każdą minutą ciosy są mocniejsze, aż w końcu przychodzi na ten najmocniejszy prawy sierpowy, który nokautuje i sprawia, że upadam na deski. Leżę, cały obolały, świat wokół wiruje, w uszach szum, w ustach krew. Wszystko boli z taką siłą, wszystko jest takie ciężkie. Choć chciałbym wstać, nie potrafię. Sparaliżował mnie strach i unieruchomił ból. Krwią z ust maluję uśmiech na twarzy. Tego oczekuje cie ode mnie. Uśmiechu. Sztucznych słów. Aktorskiej gry. Poczucia humoru, który jak zawsze Was rozbawi. A może nawet mojej pomocnej dłoni, która zawsze jest wyciągnięta choć niewdzięczne hieny często pożerają ją kawałek po kawałku. Zakładam najbardziej dopracowaną z masek. Ma idealnie wykrojony uśmiech, zaprojektowany blask w oczach i idealnie nagrany śmiech. Zakładam jak zawsze jakieś najki, kurtkę, biorę kluczę i wychodzę. Pełno zbitych piątek. Pełno pytań jak tam ziomek. Jak leci. Uśmiech nie schodzi mi z japy, a ton głosu doskonale odgrywa swoją rolę. Wiem, że garstka tych dłoni jest szczera i choć nie oprowadziłem ich po ścieżkach swojego wnętrza to mógłbym na nich liczyć zawsze. Może mijana starsza pani, która zawsze uśmiecha się do wszystkich równie wysłuchała by mojego żalu w gardle. Ale nie. Zawsze chcę radzić sobie sam. Inni twierdzą, że to przez głupotę odrzucam ich. Ale tak naprawdę wiem, że zwyczajnie obarczę ich swoimi problemami, które mnie przygniatają. Nie chcę zrzucać na nich swojego ciężaru, nie chcę zadręczali się tym, że nie potrafią mi pomóc. A już na pewno nie chcę by mnie przepraszali, że nie mogą nic zdziałać. To najgorsze co mógłbym usłyszeć na równi z wszystko się ułoży. Bo skąd ta pewność, że się ułoży? To tylko hasło równie mające sens jak te z reklam emitowanych na okrągło. Każdy ma swoją układankę i tak cholernie często odpada puzzel jeden, a czasem wszystko rozsypuje się jakby ktoś wziął to nasze życie i z całej siły rzucił o ziemię. Potem musimy szukać każdego fragmentu i składać ją w jeden obrazek. Ale z wiekiem jest to trudniejsze. Kawałki dzielą się na coraz mniejsze i coraz ciężej jest je odnaleźć. Z wiekiem tracimy więcej ludzi i samych siebie, a skrawki naszej układanki ulatniają się wraz z nimi. Ale wracając do wcześniejszego wątku. Ludzie myślą, że nic mnie nie obchodzi. Jestem takim zimnym skurwysynem, który nie przejmuję się niczym, ma gdzieś dosłownie cały świat. Tylko dlatego, że rzadko kiedy widać na mojej twarzy emocje, albo po prostu ciągle na niej znajduję się uśmiech. Oceniają mnie i szufladkują. A tak naprawdę mam w sobie tyle uczuć, odczuć, wszelakich rzeczy, że nie potrafię tego ogarnąć. Jestem pieprzonym amatorem w sekcji uczuć, nie znam się kompletnie na tym co produkuje serce. Mam w sobie końskie dawki strachu, żalu do życia, do innych ludzi i samego siebie. Gorycz pomieszaną ze słonymi łzami, które kołysały się pod powiekami, ale usilnie zatrzymałem je przed wyjściem na powierzchnię. Mam w sobie odrzuconą miłość, która mimo wszystko jakimś ogniem płonie, choć to nie jej lata świetności. Martwię się o moją rodzinę, przyjaciół, moją sąsiadkę z nad przeciwka, panią z mojego ulubionego sklepu, znajomych, nieznanych mi ludzi mijanych na ulicy, ludzi w Afryce, dręczone rodziny przez patologicznych ludzi, dzieciaki w pogotowiach i domach dziecka. I całe sterty innych rzeczy. Mam świadomość jaki zły jest ten świat, Odczułem to silnie i mam niejedno znamię po tym. Ale chciałbym by to było inne. By ten świat, który posiada przepiękne kwiaty, obrazy, motyle, gwiazdy i inne rzeczy, które potrafią zatrzymać oddech w naszych piersiach, aby to przelało się na całą resztę. Na biedę, patologie, wojny. By to zniknęło. Robię coś i próbuję choć to kropla w morzu, ale działam. I wiem, że ludzi, którzy chcą i działają jest coraz mniej. Dlatego to śmieszne, że mam opinie zimnego drania, bądź egoisty, bo pierdolę tylko o tym swoim sercu. Tak, pierdolę o tym swoim sercu, bo zwyczajnie boję się, że już mi mówi STOP. Mam łzy w oczach na myśl o tym i wiem, że jest już niedziela. Wiem, że pomału zaczyna się koszmar. I wiem, cholera wiem, że to będzie ciężkie. Te sterty badań, leków, tony innych rzeczy, które będą mnie wykańczać, ale mam zamiar walczyć, choć mam świadomość, że walka jest nie równa i może trwać kilka miesięcy. Ale mimo świadomości, że wyniki już są złe, a co gdy zrobią dokładniejsze badania, to martwię się o innych. O sobie mówię mało, choć pragnę krzyczeć. Dlatego może zanim mnie ocenisz, to poczekaj. Ja się tylko boję i bardzo pragnę szczęścia dla siebie i innych. Ja tylko chcę być człowiekiem i oglądać świt kolejny świt. Ja tylko tak bardzo nie chcę umrzeć, ale jednocześnie chciałbym by inni dobrzy ludzie nie umierali. Ja tylko chciałbym by było dobrze. To tak wiele? Za wiele. Dobranoc. Ja poczekam na świt, zaczynam je kolekcjonować, kto wie ile ich jeszcze ujrzę....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

